czwartek, 28 czerwca 2012

Wielka woda


Wielka woda

Raz…..Za wielka wodą tyyyyy…. Dwa….. Za wielką wodą jaaaaaa…. Trzy…. Jak wieeelkiii Boże….Cztery… Ta piosenka się mnie czepiła jak głupia… Cztery, nie – pięć. Ta walicha z raniącym oko różowym paskiem przejechała koło mnie już pięć razy. Może czekamy w złym miejscu? Ale Iwona mówi, że tu. Wie co mówi. Leci drugi raz do Londynu. Tak przynajmniej mówiła jak zagaiłam z nią rozmowę po godzinie wspólnego czekania w kolejce na Etiudę…

Doświadczona, to się pod nią podczepiłam. Co tam…..Potem podczepił się pod nas Jacek, kolega z obozu nie widziany kilka lat. Fajnie – sentymenty oszczędziły mu tego ogonka anakondy: Aaa to ty? Co słychać kopę lat? Opowiadaj…

Teraz sterczymy we dwie przy tej taśmie z walizkami wracającym jak paciorki różańca. Kolega się gdzieś zakręcił i zmył – jak te chmury które przywitały nas nad Luton. Zaraz będzie mój bagaż.

Dzwonek wyrwał mnie z karuzelowej litanii. Numer brytyjski – what the heck? Kto? Hello? Aaa, Dzień dobry, to ja tu po panią jadę busem ale nie dojadę, bo jest cholera korek gigant i stoję tu dwie godziny i jak będzie okazja to zawracam po inną panią na Gatwick a pani niech czeka – bo co…to na razie, będę dzwonić…

Dobra. Czekam i tak na walizkę. Przez tę burzę wszystko i tak jest później. Iwona biegnie szukać autobusu na Victorię, zaraz będzie koncert na który się tu przytarabaniła.
Follow the arrows, jest wyjście, pierwszy legalny haust angielskiego powietrza. Tłum, people swarming, apokalipsa??????

Słuchaj, ty mówisz po angielsku, chodź ze mną do tej kasy bo mi ta baba nie chce sprzedać biletu na autobus – to Iwona, wróciła. Okej, jesplis end fenkju……Blimey,  no nie sprzeda, bo lotnisko jest odgrodzone od reszty Wielkiej Wyspy – wielką wodą…..I pani nerwowym ruchem zaczyna opuszczać roletkę….

Za wielką wodą….Słuchaj, pomóż mi, ja musze na ten koncert…Kierowcy stojących autobusów stęsknionym wzrokiem szukają chyba boskiej interwencji na niebie, nas tam nie ma, tłumu pielgrzymów czekających każdy z jednym obolem w ręku. Duzi policjanci z czymś strzelającym w ręku – za duzi, żeby podejść. Mała policjantka o kruczoczarnych włosach i bladoróżowej cerze – odburknie że to nie jej biznes? Władza dzieli i rządzi. Śnieżka jest jednak bardzo pomocna: Była duża burza, spadł duży deszcz, lotnisko jest na górce, szosa w dołku, jest powódź, samochody z pompami jadą, don’t worry, tylko utknęły w korku. Everything’s under control, relax, have some coffee and wait.

No i siedzę, relaksując się trzecią kawą i trójkątną kanapką z wodorostem…. Jak wielki Boże mi nie pomożesz…. Ogłuszona nadal podniebnymi cenami, nie kupuje batonika. Książki tez nie – miałam tu zarabiać, nie wydawać, cholera. Ludzie zaczynają wykazywać objawy frustracji, jak polarne niedźwiedzie odgrodzone fosą od zwiedzających zoo – i każdy miś reaguje inaczej. Brytyjczycy nadal udają, że są sami na naszej małej najmłodszej wyspie brytyjskiej. Zaczynam przywykać do bycia przezroczystą. Inni zaczynają zerkać po sobie. Zabijam czas zgadywanie narodowości podróżnych. Jak każdy, boję się podróżnych zabijających innych podróżnych dla….

Z tamtej strony tej prawdziwej wielkiej wody nikt nie zawraca sobie głowy terroryzmem. Wybuchają - najwyżej małe protesty, że ceny wysokie, bezrobocie szybuje w górę. W górze człowiek nie truje się takimi błahostkami. Co, że drogo, cztery whisky pliz, żeby zabić uporczywie powracającą wizję pikującej w dół maszyny, okej dwanaście quidów, ok.
Oj, przy lądowaniu huśtało, już wiem co to turbulencje, niektórzy oddali z powrotem skonsumowane wyciszacze smutków. Teraz na ziemi jest fajnie – powinno być, gdyby nie ta samotność tłumie. Zwrot wyświechtany jak dresy kilku panów  - chyba z dawnej Jugosławii sądząc po akcencie – siedzących kilka krzesełek dalej. Wsłuchuję się w szelest obcych języków, aż wyskakują z niego polskie słowa.Cześć, masz może telefon bez simlocka? Bateria mi padła, a już powinienem być w pracy. Muszę zadzwonić do szefa i powiedzieć, co się dzieje. Włożę swoją kartę, nic nie zapłacisz za tę rozmowę…ok., jasne, dzięki, trudno….

Nie do mnie, gdzieś z tyłu, mnie minął, uffff. No, za te lata studiowania angielskiego – wyglądam dość brytyjsko, innit?….I zachowuję się też ‘brytyjsko’. W sumie powinnam mu pomóc – ale jak chwyci mój śliczny wypieszczony telefonik i zwieje? Daleko nie ucieknie – jesteśmy w końcu odcięci od świata przez wodę i chronieni przez odział policji….

Ej, kolego – ja mam komórkę bez simlocka…nie ma za co…. Powinnam niby odejść, dać mu nieco prywatności, ale nie zostawię go z telefonem…. Za wielką wodą, lalalala……Skończył, ok., znika – nie będzie mi przecież dotrzymywał towarzystwa. A szkoda. Iwona zniknęła dwie godziny temu. Ktoś jej powiedział, że za terminalem jest ścieżka na stację. Tu, co prawda, nie sprzedają już biletów na pociągi, ale może jakoś się wepchnie do wagonu. W biegu jej nie wyrzucą. Chyba.

Znowu dzwoni ten koleś…Jeszcze dwie godziny… Woda ponoć opada….Ale może i do północy będzie się rozładowywał trafik. Iwonie chyba się udało. A ja taka sierotka, mała Lucy czeka na Aslana w pierdzącym busie. Czy dam się angielskim anomaliom???!!! Idę. Plecak na plecy. Ścieżka. Zarośla. Coraz ciszej. Droga opada. Tylko żelazne ptaszyska widzą mój shortcut po brytyjskiej countryside, bez mushrooms.

Doszła do miejsca zarośniętego szumiącą wysoką trawą. Weszła, muskając kłosy dłonią. Po kilku krokach palce u stóp zaczęła muskać fala. Do kolan. Wyżej. Wielka woda czuwa, big water is watching. Mokry Cerber nie pozwala jej wkroczyć do ziemi obiecanej. Odmęty się nie rozstępują. Go down, Moses. A jeszcze dwanaście godzin wcześniej fale Bałtyku pieściły jej stopy. Obiecywały nieskończone przygody. Możliwości. Za wielką wodą nowe wyzwania, splendory. Siedząc na sopockim piasku opowiadała. Morze, to jest to – nieskończenie dużo opcji, płyniesz gdzie zechcesz; ale też obalająca siła ograniczeń, jesteś przecież uzależniony od łódki – takie dwójmyślenie. I jeszcze pamięta to wesołe miasteczko przy przystani: gigantyczna wieża wyrzucająca ludzi w górę: otwórz oczy, patrz jak rośnie horyzont. Gdyby tak jeszcze troszenieczkę w górę to może by zobaczyła tę Brytanie zza mgły, czy za wodą będzie jej tak dobrze jak tu. ….Morze, nasze morze będziem ciebie wiernie strzec…..może…

Na terminalu po czterech godzinach coś drgnęło. Odjechały pierwsze przepełnione autokary i osobówki. Za jakieś pół godziny coś powinno zacząć tu dojeżdżać. Czyli mój wynajęty rycerz w blaszanym rumaku – jeszcze ze dwie kolejne. Czas – już nie ma znaczenia. Tea time, bed time, bad time.

Jedziemy – mijamy wilgotny jeszcze przejazd pod wiaduktem. Na motorway’u jest nadal korek, pojedziemy wiejskimi drogami. Tak jest, ma’am (znaczy sir). Będę się zachowywać, jak profesor sobie życzy. Jako gość, nie powinnam wybrzydzać shouldn’t I? Minąwszy kilka dzielnic zamieszkałych przez kuzynów Froda, nareszcie, ON, LondON. Duże sklepy, małe domki, nieprawa ruchliwość.

Wreszcie w domu, w domu, za wszystkim wielkim wodami. Wynajęli go dla mnie pracodawcy – u prawdziwych Anglików, jak chciałam, żeby nasiąknąć kulturą, językiem….. i kurzem brytyjskim. Mały rudzielec poprowadził mnie ciemno-obskurnymi schodkami na górę i otworzył dumnie drzwi.

Weszła w końcu. Do swojej szafy. Było ciemno i nie znalazła pstryczka do światła więc wkroczyła, raczej czując niż widząc ograniczoność pomieszczenia. Przedarła się przesmykiem między łóżkiem a ścianą. W  powietrzu unosił się zapach sosny – gospodarz na jej powitanie specjalnie psiknął trzy razy zapuszkowanym lasem w spray’u (gość w dom, niepotrzebne wydatki w dom). Wpychając się w głąb szafy, która miała zostać jej domem, Lucy poczuła motyle w brzuchu – dokąd to ją zaprowadzi? Dotarła pod okno, przesłonięte zasłoną, szarość której maskowała jej sklerozę  - jakiż to ja miałam kolor? Kurz oblepił jej palce, gdy szarpnęła materiał. Nie poczuła w ręku kruchych od mrozu igiełek. Świeże zimowe powietrze i śnieżynki tańczące wokół latarni nie wtargnęły do jej płuc…Nie było tez za oknem blaszanego płotu z kilkoma krzakami w środku placyku, dumnie przez landlorda nazywanego garden… Wielka woda kołysała się przed nią. Obiecywała i groziła. Lucy zrobiła dwa kroki. Fala ucałowała ją na dzień dobry. 

'Grandpa' by Krzysztof Sowiński, my translation into English

Grandpa

Time to face the truth – he’s a grandpa, already.....

All have passed so soon, even though never-ending childhood days, holidays so long and fragrant of sand, grass, water – predicted eternity. Passed like one blink, eyes open , eyes closed, like one not too long yet calm sleep. What a cliché!............

.. ..

And now, he was standing at the airport. By himself. Yes, once he’d heard Him and Her say it is one of the largest airports in the world – Heathrow… But, can words express such immensity? Can imagination imagine THAT, can’t it?....

That was like an enormous city, full of giant-building-like aircrafts, compared to which buses, seemingly huge so far, now appeared toys only. And more, the noise… Terrible… The incessant noise made his head split. Tremendous pain he’d never felt before. And every now and then, when a plane like a colossal hawk, or maybe another bird, floated above his head, his legs alone were startled to run away, swiftly – despite first signs of arthritis and contracture.............

.. ..

His height was quite considerable. Not a giant - one of those biggest, however. But his spine - as it happens amongst the elderly – was ‘bent like an arch’, and whatever this forgotten expression would mean – just wasn’t straight or flexible.....

He had long, not very muscular legs. Rather thin, which, when young, were sturdy, enduring, sinewy, though not much powerful.....

His considerably large posture, however, wouldn’t scare anyone, even years before no-one had certainly ever been afraid of him. His head wasn’t very big, and he was rather one of those types that were always spontaneously and gladly welcome.....

Now, he happened to bow his silver head far more often. He lowered it as if apologising for so much trouble about him. And there was. No doubt. ....

He’d heard that journey wasn’t going to be quick, but the facts were even more shocking. It was dreadful, lonely, ghastly. He and She’d tried to explain (it was rather She that talked to him) that they couldn’t fly with him, that everything was going to be ok, that he could do it, and that they were going to meet soon. Well… Let’s face it – this wasn’t as they had said.............

.. ..

The one to meet him at the airport was a young man. Not a bad one, eventually, smelled good (Armani, as far as he knew), though he didn’t pay too much attention to him, and talked on the phone all the time instead. He said, “Fuck this job. I’ve got fed up! And for what? The frigging shitty money! Gonna find something better or come back home….Kurwa…. Three years and nothing changes, on and on….You know…. Kurwa, what a rave-up we had last night!? I tell you, that chocolate girl was much into me…”....

Grandpa kept listening to that, in his own – what a miracle! – familiar language, and this language, so well known to him, its intonation, melody, hoarse sounds, lifted his spirits a bit. He was almost about to say to himself, “It’s not gonna be bad. Surely, it’ll be ok.” But he found no courage to do so.....

It’s not that the youth was insensitive, only bored to death with monotony of his work. With abundance of work. Never-ending struggle with time, which always ran too short to carry out the plan, ever-lasting traffic jams, and the bosses totally lacking empathy and telling him off non-stop. With no hope for any special change in his life, the change he’d expected, desired, flown here from a remote country for. And here, nought. Swarming days twinning one another. Pity. Pity. Pity

.............

The young man suddenly dragged him with swift and rough sweep. Some hundred metres, towards a huge litter bin, but it wasn’t a straight way! No way! Veering among dozens of roaring lorries, whose fumes choked him and wouldn’t let him breathe. Grandpa was petrified with such racket. He was about to wrench out and run away where - as he would hear as a child – ‘the pepper grows’, to whine like a puppy, but he only bowed his head even lower, being up to his ears in worry - and grunting, with his legs stumbling, wobbled behind the youth.............

.. ..

The young man threw the dirty paper towels into the bin.....

Oh, yes. It was Grandpa who - threw up into them. His companion wiped off the remains of his vomit, quite thoroughly, and it could be all right if it weren’t for a tiny trail of stench following Grandpa all the time. Well… It appeared he did not tolerate flights. And She had told him it was going to be fine. That the journey should pass quickly. That Grandpa would fall asleep. And when he woke up, it’d be over. Unfortunately, it was contradictory – some strangers, the roar of aircraft engines, ascending and descending, which made butterflies fly in his tummy. He didn’t get any shut-eye, not for a second, all the time he stayed tense, alert and ready to jump. Water had been brought to him, but after a few minutes in the air it got spilled and nobody gave him any more. And now, he was so thirsty. So much. And worst, there was no other way to rinse this bitter smell of half digested food off his teeth. Gradually, he got used to light, which had struck him with all its power when disembarking. And to vastness of sky when you look up. Cloudy sky, bursting into rain every now and then. The sky, which kept the sun smothered continually. Was this the ‘land of milk and honey’ he was supposed to live in? Was it? Where they were supposed to be able to afford everything and to live ‘like humans’? Anyway, He would say so.............

.. ..

In the end, all went fast.....

The young man threw him into the car, on the back seat. He started vigorously. Hundreds of crossroads. Horns. A lot of stench. All streets sinistrous. And finally – they were reaching their destination.............

.. ..

He: “See….. All is fine. They’re on their way. Grandpa is a tough guy. Once again, he did it.”....

She: “I dunno…We should have gone with him, even in a bus – the journey would have been terribly long and exhausting, but we could have been together. Together.....

He: “ We could have left him behind”....

She: “You know, he would die of nostalgia if we’d done so.”............

.. ..

Grandpa yelped with joy on the stairs. The flat much worse than the one they had left, but that was nothing. Through the door he could sense that He and She are inside. Are. There. Here They are. His heart was – like everything in the local wind – flapping. And when the youth opened the door, Grandpa, with a squeal not compatible with his age, hurtled inside. She didn’t even manage to stand up from a stinky dirty old armchair, still reminiscent of a rat. He put his silver head on her lap. He only heard Him say, “See, I told you everything would be fine. Didn’t I tell you? It’s you that is always full of reservations…He did it, our Grandpa…He did.”....

Grandpa knew it was about him, “He did it!” This made him so glad that he felt joy and peace fill his heart, feelings he had almost forgotten. Even the thirst stopped. And She kept stroking his head. He wagged his tail for the last time and… passed away.....

Dziadzio

Nie ma się co oszukiwać – jest już dziadkiem.
Wszystko tak nagle przeminęło, choć niekończące się dni dzieciństwa, wakacje długie i pachnące piaskiem, trawą i wodą – zapowiadały wieczność. Przeminęło jak jedno zamknięcie i otwarcie oka, jak jeden niezbyt długi i spokojny sen. Cóż banalne porównanie.

A teraz stał na lotnisku. Sam. Coś tam słyszał jak On i Ona, mówili, że to jedno z największych lotnisk na świecie – Heathrow… Ale czy słowa mogą wyrazić ten ogrom? Czy wyobraźnia może to sobie wyobrazić? Powiedzcie sami?
To coś było jak wielkie miasto, pełne gigantycznych jak budynki samolotów, przy których ogromne wydawało mu się dotychczas, autobusy - wyglądały jak zabawki. No i ten hałas… Straszny... Od tego nieustającego hałasu bolała go głowa. Okropnie go bolała, jak nigdy. A kiedy tuż nad tą głową przelatywał samolot, jak gigantyczny jastrząb, albo inny ptak, same jego nogi podrywały się do ucieczki, mimo początków artretyzmu i przykurczów.

Był okazałego wzrostu. Żaden olbrzym, ale jednak z tych największych. Ale jego kręgosłup – jak to bywa u starszych – wyginał się w tzw. pałąk, i cokolwiek by nie znaczyło, to już zapominane słowo – nie był już prosty i elastyczny.
Nogi miał długie, ale niezbyt muskularne. Raczej z tych szczupłych, które w młodości były silne, wytrzymałe i żylaste, choć nie mocarne.
Jego okazały wygląd jednak, nikogo by nie przestraszył, nawet w młodości, nikt się zapewne go nigdy nie bał. Miał nie zbyt wielką głowę i był raczej z tych typów, z którymi wszyscy się spontanicznie i z radością witali.
Teraz już częściej zwieszał tę swoją siwą głowę. Opuszczał ją jakby przepraszając, że tyle z nim jest kłopotów. A było trochę. Nie da się ukryć.
Słyszał, że ta podróż nie będzie krótka, ale rzeczywistość go zaskoczyła. Było strasznie, samotnie, przerażająco. On i Ona tłumaczyli mu (bardziej mówiła do niego Ona), że nie mogą z nim lecieć, e wszystko będzie ok., że da radę, i że się wkrótce spotkają. No… Nie oszukujmy się - nie było tak jak mówili.

Przyszedł po niego na lotnisko młody chłopak. Nie taki zły znowu, ładnie pachniał (chyba Armani), choć mało zwracał na niego uwagę, a przez cały czas gadał z kimś przez telefon. Mówił: „Pierdolę tę robotę. Mam już dość. Za takie gówniane pieniądze. Poszukam czegoś lepszego, albo wracam…. Kurwa… Od 3 lat to samo i to samo…Wiesz… kurwa, jaką wczoraj mieliśmy balangę?! Mówię Ci ta czekolada leciała na mnie”.
Dziadzio wysłuchiwał tego w swoim – o cudzie! - swojskim języku i ten język, tak dobrze mu znany, jego intonacja, muzyka, chropowatość, trochę podnosiły go na duchu. Nawet miał już sobie powiedzieć: „Nie będzie źle. Jakoś to będzie”. Ale nie znalazł na to siły.
Chłopak nawet nie był nieczuły, ale znudzony monotonią pracy. Jej nadmiarem. Ciągłą walką z czasem, którego było zawsze mało na wykonanie planu, niekończącymi się korkami na ulicach, brakiem empatii i nieustannym łajaniem szefostwa. Brakiem nadziei na jakąś szczególną przemianę jego życia, na tę przemianę, której oczekiwał, której pragnął, po którą przyleciał tutaj z odległego kraju. A tu nic. Bliźniacze zatłoczone dni. Trudno. Trudno. Trudno.

Chłopak pociągnął go nagle za sobą, szybko i bezceremonialnie. Jakieś sto metrów, do dużego kosza na śmieci, ale nie była to droga prosta! O nie! Lawirował wśród ryczących dziesiątków ciężarówek, których spaliny dławiły i nie pozwalały oddychać. Dziadzio przeraził się tego hałasu. Już miał szarpnąć się i uciec gdzie – jak słyszał w dzieciństwie - pieprz rośnie, już miał rozpłakać się jak szczeniak, ale tylko jeszcze mocniej zwiesił głowę, położył uszy po sobie, i charcząc, noga za nogą, a myliły mu się wszystkie – powlókł się za chłopakiem.
Chłopak wrzucił do kosza ubrudzone papierowe ręczniki.
Niestety. To Dziadzio – na nie zwymiotował. Chłopak starł z niego resztki wymiocin, dosyć starannie i byłoby w porządku, gdyby nie wąziutka smuga zapachu, która ciągnęła się cały czas za Dziadziem. No cóż… Okazało się, że nie znosi dobrze lotów samolotem.
A Ona mówiła, że będzie dobrze. Że podróż szybko minie. Że Dziadzio uśnie. A jak się obudzi – będzie już po wszystkim. Niestety było inaczej – jacyś obcy, grzmot silników samolotu, wznoszenie i opadanie, które wyrywało mu wnętrzności. Nie zmrużył oka, ani na sekundę, był cały czas napięty, czujny i gotowy do skoku. Przyniesiono mu wodę, ale po pierwszych minutach lotu, już mu się wylała, a nikt już więcej mu jej nie podał. I teraz bardzo mu się chciało pić. Bardzo. A co najgorsze nie miał czym spłukać z zębów przykrego zapachu nadtrawionego jedzenia. Już się powoli przyzwyczaił do światła, które go poraziło z całą mocą, po wyjściu z samolotu. I ogromu nieba, kiedy spojrzał w górę. Chmurnego nieba, z którego co chwila padał deszcz. Nieba, które przysłaniało cały czas słońce. „To miała być ta kraina mlekiem i miodem płynąca? To ta? Gdzie miało ich na wszystko już stać i mieli w końcu żyć tu, „jak ludzie”? Przynajmniej, tak mówił On”.

W końcu wszystko potoczyło się szybko.
Chłopak go wrzucił do samochodu, na tylne siedzenia. Ostro ruszył. Setki skrzyżowań. Klaksonów. Mnóstwo smrodu. Wszystko wywinięte na lewą stronę. I zbliżają się w końcu do celu.

On: „Widzisz… Wszystko jest w porządku. Już tutaj jadą. Dziadzio to twardy facet. Jeszcze raz dał radę”
Ona: „Nie wiem… Powinniśmy z nim jechać, choćby i autobusem, podróż byłaby długa i męcząca, ale bylibyśmy razem. Razem”.
On: „Moglibyśmy nie wziąć go ze sobą”.
Ona: „Wiesz, że umarłby z tęsknoty, gdybyśmy tak zrobili”.

Dziadzio zaskowyczał z radości na schodach. To nic, że mieszkanie gorsze, niż to co zostawili. Przez drzwi czuł, że On i Ona tam są. Są. W końcu są. Łopotało mu – jak wszystko na tutejszym wietrze - serce. I kiedy chłopak otworzył drzwi Dziadzio z piskiem, niegodnym jego wieku, rzucił się do środka. Ona nawet nie zdążyła wstać, z jakiegoś starego, brudnego i śmierdzącego fotela, który było czuć szczurem. Położył jej siwą głowę na kolanach. Jeszcze tylko usłyszał jak On mówi do niej: „A nie mówiłem Ci, że wszystko będzie w porządku?! Nie mówiłem?! To Ty zawsze się boisz…Dał radę Dziadzio... Dał” .
Dziadzio wiedział, że to o nim mówią. „Dał radę”! Ucieszyło go to i poczuł, że zalewa go spokój i radość, których dawno nie czuł w sobie. Nawet przestało go dręczyć pragnienie. A ona go głaskała po głowie. Jeszcze tylko zamachał jej ostatni raz ogonem i… skonał.

Krzysztof Sowiński

Housman's Poem's Translation (mine;)


How clear, how lovely bright,
How beautiful to sight
Those beams of morning play;
How heaven laughs out with glee
Where, like a bird set free,
Up from the eastern sea
Soars the delightful day.

To-day I shall be strong,
No more shall yield to wrong,
Shall squander life no more;
Days lost, I know not how,
I shall retrieve them now;
Now I shall keep the vow
I never kept before.

Ensanguining the skies
How heavily it dies
Into the west away;
Past touch and sight and sound
Not further to be found,
How hopeless under ground
Falls the remorseful day.
fot. I Wawrzeńczyk

Przejrzyste, cudownie świetliste,
Piękne aż do zapatrzenia
Te lekkie poranku promienie
Niebo kraśnieje z radości
Gdzie, jak ptak ku wolności
Wprost ze wschodnich mórz dna
Wzlatuje pierwszy znak dnia.

Dziś w siłę urosnę, wiem
Nie będę kalał się złem.
Życia roztrwonić nie mogę.
Odzyskać stracone dni
Pragnę, choć nie wiem czy
I jak przysięgać, gdy
Przedtem słowa nie były mi drogie.

Niebiosa rozkrwawiwszy
Umiera w głuchej ciszy
Odchodzi w zachodnie niskości;
Nie dotkniesz, czy ujrzysz, usłyszysz
Nie znajdziesz, w jakiej niszy
Pod ziemią rozpacz skrywszy
Upada ten dzień żałości
(Housman, przekład ja)

Summer Lure

Summer Lure


work, don't work, get old, ignore it, be happy
suicidal winds will carry the rays of the sun
water runnig past the pebbles, go to the sun
evaporate, dance with fireflies, blissful
ice melts, flowers die so suddenly, rotten gems
think of gone, don't think, now is time to
unfold existence
no future defined, seize the watch, never judge


stride with care, ignore yourself, be happy
fot. M. Walczak

czwartek, 7 czerwca 2012

Somewhere in the Forest


Sour winds more bitter than memory
Catching the thoughts in icicles
Trees wrinkled with time
Or maybe bullets are still looking for their way out
Of the forest
Forgive the others, forgive yourself
Your troop is far away
Your country is a distant illusion
Winds will melt diamond tears
Do windmills care which state they grind in?
Scattered stones scar the slopes
But no-one clears the moss
Under the starred blue sky
We're children of the void