czwartek, 25 grudnia 2014

Dzieje grzechów wieku dwudziestego, czyli protect me from what I want

„Protect me from what I want” (Jenny Holzer)

Dzieje grzechów XX wieku

Chciałam napisać kilka refleksji po spektaklu Teatru im. S. Żeromskiego w Kielcach „Dzieje grzechu”, ale jakoś mi się nie układa spójny tekst – zupełnie jak przedstawienie…
„Skandal” wydaje się być słowem-wytrychem do powieści sprzed stu lat, którym i dziś próbuje się posłużyć. Zmienił się jednak paradygmat. Skandal – doprowadzał do ruiny wszystkich osób, które się od skandalisty nie odżegnały; wydziedziczenie, ostracyzm, to były konsekwencje łamania norm moralnych, a przede wszystkim towarzyskich. Dzisiejszy skandal to pożądana sensacja, punkt wyjścia do kariery, albo miła odmiana w życiu. Nagie pośladki na tak zwanej ściance celebrytów, brak bielizny, nieślubne dziecko, porzucony mąż – nie tylko nie oburzają coraz większej ilości ludzi, ale są tym, czego szukamy w gazetach i na portalach. I w teatrach? Czy zatem przywoływanie starego skandalu literackiego ma na celu faktycznie rzucenie wyzwania naszej ‘postępującej’ tolerancji, czy też jest chwytem komercyjnym, mającym zapewnić zainteresowanie sztuką?
Problemy zaczynają się już na poziomie wyjściowego dzieła literackiego. „Dzieje grzechu” zostały napisane w czasach rozkwitu wielkich zmian obyczajowych i światopoglądowych, które czkawką odbijają się do dziś. Nie, nie – nie, żebym była przeciwniczką feminizmu w tamtym czasie – jestem szczęśliwa, że mogę korzystać z wywalczonych praw. Tyle, że – kiedy feminizm wywalczył już niemal wszystko, zaczął szukać usprawiedliwienia swojego istnienia w szarpaniu się o cele drugorzędne i ‘sprawy’ moim zdaniem wyssane z palca… Te ‘grzechy XX wieku’: feminizm, komunizm, postęp, antyklerykalizm, genderyzm – wszystkie posadziły Ewę Pobratyńską okrakiem na swoich sztandarach. To właśnie problem – powieść Żeromskiego można interpretować na tyle różnych sposobów – i każdy znajdzie na kartach książki coś na poparcie swych tez. A nawet teraz, półtorej dekady w nowym wieku, nadal tkwimy w rachunku sumienia wieku poprzedniego, histerycznie, jak bohaterka, krzycząc coś o wolności osobistej i dodając od siebie coś na temat zarządzania własnym ciałem…
A Żeromskiemu nie o to tylko chyba chodziło. Przysłuchując się – w trakcie debaty o żywotności tekstów autora „Przedwiośnia” – fragmentom jego „Dzienników”, opisom utraconej niewinności, która TRZEBA będzie odkupić, bo każdy wybór niesie konsekwencje, nie mogłam pozbyć się natrętnej myśli - Żeromski mógłby sparafrazować Flauberta i rzec: „Ewa Pobratyńska, c’est moi”.
Bo uważam, że „Dzieje grzechu” są w swej wymowie niezwykle uniwersalne i, jeśli zaakceptujemy manieryczność języka i przywykniemy do specyficznego stylu autora, mają szanse zaistnieć w XXI wieku. Tak, jak uniwersalne są: „Doctor Faustus” Christophera Marlowe’a, „Boska Komedia” Dantego, „Zbrodnia i kara” Dostojewskiego czy „Portret Doriana Gray’a” Wilde’a z produkcji bliższych naszej. Szczególnie ta przedostatnia. Gdy odrzucimy proaborcyjne hasła i lukier obyczajowo-krajoznawczy, w historii Ewy zostaje moralitet o zbrodni dzieciobójstwa i rozpaczliwym poszukiwaniu odkupienia. Bo jesteśmy wolni, a jakże – wolno nam dokonać wyboru, ale mamy obowiązek ponieść jego konsekwencje. Czy to konsekwencje odebrania komuś życia, czy rozłożenia przed kimś nóg. Taką lekcję wyniosłam z historii panny Pobratyńskiej i to wysłyszałam we fragmentach „Dzienników”, w wypełniającym je przyczajonym czekaniu na nieuchronne w postaci choćby choroby wenerycznej…
I wreszcie o samej inscenizacji. Napisano o niej już sporo: porywająca scenografia i kostiumy – prowadzące nas poprzez historię Ewy i wieku dwudziestego, doskonała oprawa muzyczna, świetne aktorstwo, dobrze wyreżyserowane interakcje między bohaterami i ruch sceniczny, ale… nie składa mi się to jakoś. Ma się wrażenie, że autor scenariusza i reżyser chcieli (jak bohaterka na pewnym etapie swojego życia) zadowolić zbyt wiele frakcji i jednocześnie usatysfakcjonować zwolenników różnych teatrów. Ucieszą się feministki, socjaliści, antyklerykałowie. Znajdą coś dla siebie miłośnicy nowego brutalizmu, brechtowskiej alienacji, psychologizmu, symbolizmu. Ale ten eklektyzm razi, nie sprawia wrażenia świadomego chwytu stylistycznego czy ideologicznego, a raczej zdradza pewną… nieporadność w zetknięciu z ogromem interpretacji, jakie, jak puszkę Pandory, otwiera ta pozornie drugorzędna powieść.
Z „Gazety Teatralnej” dowiedziałam się, że autorzy inscenizacji chcieli po prostu pokazać powieść Żeromskiego na scenie. Odnoszę wrażenie, że nie da się, tak po prostu. Podejście do materii literackiej jest zawsze interpretacją, przedstawienie to przekład intersemiotyczny i wymaga preliminarnej interpretacji przed zamianą języka literatury na język teatralny. Brak własnego zdania to jakby się panny w – wiadomo co, zamiast w rękę całowało. Rezultatem będzie przedstawienie efektowne, ale nie efektywne – a przecież nadal szukamy w teatrze czegoś w rodzaju katharsis… Ta powieść stanowi niezwykle plastyczny materiał, z fabułą jak z południowoamerykańskich telenoweli, wsadzona w nawias skutecznej ironii i z dobrze zdefiniowanym przekazem mogłaby naprawdę wstrząsnąć widzem. Słabość – z naszego punktu widzenia - języka pisarza mogłaby zostać zmodernizowana lub zamieniona na inne znaki wykorzystywane w teatrze a całość faktycznie ożyć w nowym wieku.
Wdzięczna jestem jednak, że to Żeromskiemu samemu pozwolono mówić w scenie jak dla mnie kluczowej – zamordowania noworodka. Tu natrętna metaforyka powoduje, że serce się ściska i łzy napływają do oczu, kiedy jako widz jesteśmy mimowolnym świadkiem tej strasznej tragedii i okrutnej śmierci niewinnej istoty. Niestety i w tym miejscu głowę zaprzątało mi pytanie – czemu narrację ze sceny prowadzi Łukasz Niepołomski – przecież nie ma to żadnego uzasadnienia w logice fabuły ani w psychologii postaci.
Wreszcie, oglądając poczynania Ewy, gdzieś z tyłu głowy jako komentarz pobrzmiewał mi słynny cytat artystki konceptualnej Jenny Holzer: protect me from what I want – uchroń mnie przed tym, czego chcę. Proste przesłanie, wielokrotnie i różnorako interpretowane, po freudowsku – jako walka z własnymi popędami, w wydaniu feministycznym jako sprzeciw wobec roli narzucanej kobiecie w patriarchalnym społeczeństwie (założenie, że kobieta każda chce być matką i panią domu), antykorporacyjnie w duchu filozofii „no logo”. Ponownie rozsławione dzięki rewelacyjnej piosence Placebo (oj, liczyłam, że zabrzmi ona gdzieś w finale przedstawienia). Słuchając wrażeń po premierze, czytając komentarze w Internecie, doszłam do jeszcze jednej interpretacji. Chrońmy się przed tym, co ogłupiający mainstream nam wmawia, że chcemy. Zachęcam do zobaczenia „Dziejów grzechu” bez proaborcyjnych czy antyklerykalnych uprzedzeń, bez kompleksu prowincjonalnej Polski. Doceńmy wartość inscenizacji samodzielnie. Posłuchajmy własnego rozumu i sami osądźmy bohaterkę - lub nie. I wiek dwudziesty.






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz