piątek, 26 grudnia 2014

CHRISTMAS 2014


Okruszki piernikowego serca
Dzielone z nieznajomym
Nad kawą wydawaną gratis
Tylko w tę długą noc
Czy ktoś się dzieli?
Dzieli nadzieje i leki
Ukryte w życzeniach
Wesołych Świąt dla wszystkich
Pamięć i święta cisza
I nawet to drzewo
Z bliznami po żelaznym krzyżu
Przybitym do niego dawno temu
Kiedy wciąż śniło o
Sięgnięciu niebios
Radośnie powita
Dziecię dziś wieczorem

czwartek, 25 grudnia 2014

Dzieje grzechów wieku dwudziestego, czyli protect me from what I want

„Protect me from what I want” (Jenny Holzer)

Dzieje grzechów XX wieku

Chciałam napisać kilka refleksji po spektaklu Teatru im. S. Żeromskiego w Kielcach „Dzieje grzechu”, ale jakoś mi się nie układa spójny tekst – zupełnie jak przedstawienie…
„Skandal” wydaje się być słowem-wytrychem do powieści sprzed stu lat, którym i dziś próbuje się posłużyć. Zmienił się jednak paradygmat. Skandal – doprowadzał do ruiny wszystkich osób, które się od skandalisty nie odżegnały; wydziedziczenie, ostracyzm, to były konsekwencje łamania norm moralnych, a przede wszystkim towarzyskich. Dzisiejszy skandal to pożądana sensacja, punkt wyjścia do kariery, albo miła odmiana w życiu. Nagie pośladki na tak zwanej ściance celebrytów, brak bielizny, nieślubne dziecko, porzucony mąż – nie tylko nie oburzają coraz większej ilości ludzi, ale są tym, czego szukamy w gazetach i na portalach. I w teatrach? Czy zatem przywoływanie starego skandalu literackiego ma na celu faktycznie rzucenie wyzwania naszej ‘postępującej’ tolerancji, czy też jest chwytem komercyjnym, mającym zapewnić zainteresowanie sztuką?
Problemy zaczynają się już na poziomie wyjściowego dzieła literackiego. „Dzieje grzechu” zostały napisane w czasach rozkwitu wielkich zmian obyczajowych i światopoglądowych, które czkawką odbijają się do dziś. Nie, nie – nie, żebym była przeciwniczką feminizmu w tamtym czasie – jestem szczęśliwa, że mogę korzystać z wywalczonych praw. Tyle, że – kiedy feminizm wywalczył już niemal wszystko, zaczął szukać usprawiedliwienia swojego istnienia w szarpaniu się o cele drugorzędne i ‘sprawy’ moim zdaniem wyssane z palca… Te ‘grzechy XX wieku’: feminizm, komunizm, postęp, antyklerykalizm, genderyzm – wszystkie posadziły Ewę Pobratyńską okrakiem na swoich sztandarach. To właśnie problem – powieść Żeromskiego można interpretować na tyle różnych sposobów – i każdy znajdzie na kartach książki coś na poparcie swych tez. A nawet teraz, półtorej dekady w nowym wieku, nadal tkwimy w rachunku sumienia wieku poprzedniego, histerycznie, jak bohaterka, krzycząc coś o wolności osobistej i dodając od siebie coś na temat zarządzania własnym ciałem…
A Żeromskiemu nie o to tylko chyba chodziło. Przysłuchując się – w trakcie debaty o żywotności tekstów autora „Przedwiośnia” – fragmentom jego „Dzienników”, opisom utraconej niewinności, która TRZEBA będzie odkupić, bo każdy wybór niesie konsekwencje, nie mogłam pozbyć się natrętnej myśli - Żeromski mógłby sparafrazować Flauberta i rzec: „Ewa Pobratyńska, c’est moi”.
Bo uważam, że „Dzieje grzechu” są w swej wymowie niezwykle uniwersalne i, jeśli zaakceptujemy manieryczność języka i przywykniemy do specyficznego stylu autora, mają szanse zaistnieć w XXI wieku. Tak, jak uniwersalne są: „Doctor Faustus” Christophera Marlowe’a, „Boska Komedia” Dantego, „Zbrodnia i kara” Dostojewskiego czy „Portret Doriana Gray’a” Wilde’a z produkcji bliższych naszej. Szczególnie ta przedostatnia. Gdy odrzucimy proaborcyjne hasła i lukier obyczajowo-krajoznawczy, w historii Ewy zostaje moralitet o zbrodni dzieciobójstwa i rozpaczliwym poszukiwaniu odkupienia. Bo jesteśmy wolni, a jakże – wolno nam dokonać wyboru, ale mamy obowiązek ponieść jego konsekwencje. Czy to konsekwencje odebrania komuś życia, czy rozłożenia przed kimś nóg. Taką lekcję wyniosłam z historii panny Pobratyńskiej i to wysłyszałam we fragmentach „Dzienników”, w wypełniającym je przyczajonym czekaniu na nieuchronne w postaci choćby choroby wenerycznej…
I wreszcie o samej inscenizacji. Napisano o niej już sporo: porywająca scenografia i kostiumy – prowadzące nas poprzez historię Ewy i wieku dwudziestego, doskonała oprawa muzyczna, świetne aktorstwo, dobrze wyreżyserowane interakcje między bohaterami i ruch sceniczny, ale… nie składa mi się to jakoś. Ma się wrażenie, że autor scenariusza i reżyser chcieli (jak bohaterka na pewnym etapie swojego życia) zadowolić zbyt wiele frakcji i jednocześnie usatysfakcjonować zwolenników różnych teatrów. Ucieszą się feministki, socjaliści, antyklerykałowie. Znajdą coś dla siebie miłośnicy nowego brutalizmu, brechtowskiej alienacji, psychologizmu, symbolizmu. Ale ten eklektyzm razi, nie sprawia wrażenia świadomego chwytu stylistycznego czy ideologicznego, a raczej zdradza pewną… nieporadność w zetknięciu z ogromem interpretacji, jakie, jak puszkę Pandory, otwiera ta pozornie drugorzędna powieść.
Z „Gazety Teatralnej” dowiedziałam się, że autorzy inscenizacji chcieli po prostu pokazać powieść Żeromskiego na scenie. Odnoszę wrażenie, że nie da się, tak po prostu. Podejście do materii literackiej jest zawsze interpretacją, przedstawienie to przekład intersemiotyczny i wymaga preliminarnej interpretacji przed zamianą języka literatury na język teatralny. Brak własnego zdania to jakby się panny w – wiadomo co, zamiast w rękę całowało. Rezultatem będzie przedstawienie efektowne, ale nie efektywne – a przecież nadal szukamy w teatrze czegoś w rodzaju katharsis… Ta powieść stanowi niezwykle plastyczny materiał, z fabułą jak z południowoamerykańskich telenoweli, wsadzona w nawias skutecznej ironii i z dobrze zdefiniowanym przekazem mogłaby naprawdę wstrząsnąć widzem. Słabość – z naszego punktu widzenia - języka pisarza mogłaby zostać zmodernizowana lub zamieniona na inne znaki wykorzystywane w teatrze a całość faktycznie ożyć w nowym wieku.
Wdzięczna jestem jednak, że to Żeromskiemu samemu pozwolono mówić w scenie jak dla mnie kluczowej – zamordowania noworodka. Tu natrętna metaforyka powoduje, że serce się ściska i łzy napływają do oczu, kiedy jako widz jesteśmy mimowolnym świadkiem tej strasznej tragedii i okrutnej śmierci niewinnej istoty. Niestety i w tym miejscu głowę zaprzątało mi pytanie – czemu narrację ze sceny prowadzi Łukasz Niepołomski – przecież nie ma to żadnego uzasadnienia w logice fabuły ani w psychologii postaci.
Wreszcie, oglądając poczynania Ewy, gdzieś z tyłu głowy jako komentarz pobrzmiewał mi słynny cytat artystki konceptualnej Jenny Holzer: protect me from what I want – uchroń mnie przed tym, czego chcę. Proste przesłanie, wielokrotnie i różnorako interpretowane, po freudowsku – jako walka z własnymi popędami, w wydaniu feministycznym jako sprzeciw wobec roli narzucanej kobiecie w patriarchalnym społeczeństwie (założenie, że kobieta każda chce być matką i panią domu), antykorporacyjnie w duchu filozofii „no logo”. Ponownie rozsławione dzięki rewelacyjnej piosence Placebo (oj, liczyłam, że zabrzmi ona gdzieś w finale przedstawienia). Słuchając wrażeń po premierze, czytając komentarze w Internecie, doszłam do jeszcze jednej interpretacji. Chrońmy się przed tym, co ogłupiający mainstream nam wmawia, że chcemy. Zachęcam do zobaczenia „Dziejów grzechu” bez proaborcyjnych czy antyklerykalnych uprzedzeń, bez kompleksu prowincjonalnej Polski. Doceńmy wartość inscenizacji samodzielnie. Posłuchajmy własnego rozumu i sami osądźmy bohaterkę - lub nie. I wiek dwudziesty.






niedziela, 21 grudnia 2014

Rzecz o wojnie trojańskiej, czyli każdy musi kiedyś wyruchać Szekspira (który przecież Homera wychędożył), Porcelanko….?

Spodziewałam się gorszego – współczesne spojrzenie na tekst dramatyczny, tak zwany nowoczesny  teatr, nagrody, festiwale, aplauz – nie wróżą dobrego odbioru takiej „konserwie”, jak ja. A fakt, że spektakl osnuto na kanwie Szekspira może jedynie zaniepokoić oddaną czcicielkę dramaturga ze Stratfordu. Jedyny eksperyment na „Troilusie i Kresydzie”, jakiego pragnęłam doświadczyć, to ten z londyńskiego The Globe Theatre, gdzie wystawiono sztukę z oryginalną siedemnastowieczną wymową. Ale nie ponowoczesnej szopki o upadku wartości…  Nie było tak źle.
Po pierwsze, nic tu nie jest takie oczywiste. Zadziwiająco dużo Szekspira ostało się w tym spektaklu – w tym przydługie monologi greckich bohaterów, męczące dla usadzonych na niewygodnych deskach widzów (jak wytrzymywała to gawiedź stojąca kilka godzin w londyńskim teatrze, nie wiem). Nie dziwi natomiast sam wybór tej sztuki. Jedno z najmniej popularnych dzieł londyńskiego dramatopisarza, wykorzystując poemat Chaucera i, co oczywiste, „Iliadę” Homera, już w siedemnastym wieku demitologizuje toposy bohatera, honorowej wojny i młodzieńczej miłości. W siódmym roku wojny pod Troją widzimy garść zblazowanych wojowników, którzy, o zgrozo, najżywsze relacje zbudowali z tymi po drugiej stronie muru (język angielski ma na to termin: frenemies). Achilles nie wyściubia nosa z namiotu, a jego towarzysz, bez ogródek nazywany jego dziwką, zabawia go jak może.  W scenach, gdzie Patrokles parodiuje Greków, sam Szekspir puszcza oko do czytelnika – widza, pozwalając sobie na autotematyzm, tak powszechny w dzisiejszym teatrze. Ulisses jest mizoginem (nie dziwota, że tak długo wracał do żony). Nie jest lepiej w Ilionie – książęta spierający się o sens tej wojny, bredzący o honorze, pod którym to terminem kryje się kupiecka duma, zabraniająca oddać to na czym już się położy rękę. Czyli na kobiecie – głównym motorem akcji jest wszakże zmieniający się status własności dwóch kobiet, Heleny i Kresydy, które choć są bezwolnymi towarami – są również obwiniane o bezwstydne zachowania i prowokowanie biednych mężów (wszystkich, nie tylko ślubnych) do niecnych zachowań i eskalacji zemsty. Inne baby to histeryczne wariatki. Żaden z Szekspirowskich bohaterów nie pozostaje bez skazy – nawet Hektor ugania się po polu bitwy za zbroją, która ozdobi jego zbiory. Chciałoby się zakrzyczeć, jak w podstawówce: O Allachu, spuść bombę… Reasumując: targowisko, dziwki z alfonsami, ukryte za pustymi frazesami pożądanie zamiast niewinnej miłości, pedały, syfilis – brzmi znajomo, ale pamiętajmy, że ten akapit dotyczy sztuki z początku siedemnastego wieku, a nie współczesnej inscenizacji. Możemy sobie tylko wyobrazić, jak bardzo ten tekst wstrząsnął współczesnymi autorowi wielbicielami starożytnego eposu. Skandal, na który najlepiej spuścić zasłonę milczenia. Gwałt dokonany na widzu, porównywalny z tym, co nam robi estetyka kampu i teatr nowego brutalizmu. W świetle tego propozycja Agaty Dudy-Gracz jest logiczną kontynuacją szekspirowskiej prowokacji.
Reżyserka dokonała kondensacji szekspirowskiego dzieła i, mówiąc kolokwialnie, podkręciła śrubę. Ograniczając liczbę bohaterów, zespalając czasem dwie figury w jedną (np. Agamemnon – Nestor), buduje jeszcze bardziej dotkliwy świat. W tym świecie brakło miejsca dla naczelnego naganiacza – Pandarusa. U Szekspira był on najohydniejszą spośród mało sympatycznych postaci, dowodem, że jeszcze daleko nam do dna. U Dudy-Gracz wszyscy są odpychający, więc i dla nas, widzów, nie ma zbyt wiele nadziei. Reżyserka swobodnie poczyna sobie z materią dramatu, oddając kwestie i działania innym bohaterom, podmieniając im poglądy, dopisując swoje komentarze, wplatając cytaty z Homera, wpisując swoje przedstawienie w intertekstualny hipertekst.
Obraz jarmarku, bachtinowskiego karnawału – turystycznej atrakcji z towarami z importu – jest chyba najczytelniejszą „autorską” metaforą spektaklu, puszczeniem oka do wychowanego na postmodernistycznym kinie widza – ale też najsłabszą, tanią. Inaczej niż kolejny najbardziej zauważalny chwyt – bohaterowie świata przedstawionego w spektaklu są groteskowo obrzydzeni i postarzeni, żałośni w każdej scenie – nie da się nie napomknąć, że wyglądają jak postaci z obrazów ojca reżyserki. Można by w tym miejscu popsychologizować, zastanowić się po freudowsku, czy to może kompleks, czy też chęć oddania hołdu ojcu na scenie. Ale chyba nie ma sensu. Tacy bohaterowie idealnie pasują do świata zżartego – skonsumowanego przez bezsensowną wojnę, gdzie młodość nie istnieje, bo dzieci pożarto, a nowych nikt nie płodzi; po początkowym wzdrygnięciu się i po zanurzeniu się w ten świat jesteśmy w stanie uwierzyć, że siedem lat beznadziejnego miotania się zamieniło ludzi w karykatury.
Agata Duda-Gracz dobrze wykorzystuje środki dostępne we współczesnym teatrze. Jak już pisałam, wykorzystuje maksymalnie estetykę kampu i dziedzictwo teatru nowego brutalizmu. Przedstawienie jest multimedialne, tradycyjna przestrzeń teatralna naruszona, widz wchodzi dosłownie z butami na scenę. Światło, choć na spektaklu, który obejrzałam, płatało figle, dzieli przestrzeń podobną do boiska na bardziej intymne sfery, często pozostawiając dziejącą się akcję poza swoim zasięgiem. Stosunek aktorów do widzów cechuje brechtowski efekt obcości, bohaterowie egzystują w świecie zawieszonym pomiędzy eposem a telenowelą, publiczność kilkakrotnie jest bezpośrednim adresatem monologów.
Muzyka w tym spektaklu zasługuje na szczególne wyróżnienie. Zgodnie ze współczesną, inspirowaną Brechtem, modą, jest w znacznej części wykonywana na żywo, a muzycy przenikają do świata przedstawionego, stając się kolejnymi dramatis personae. Muzyka pojawia się i znika, budując nastrój, a nawet posuwając akcję do przodu. Skala głosu i barwa Mai Kleszcz są niepokojące, podkreślają oniryczność niektórych scen, uwydatniają dramat - i stanowią dla mnie jeden z głównych atutów spektaklu.
Co zatem zmieniła w Szekspirze reżyserka i jak to wpłynęło na ogólną wymowę dzieła (jeśli przedstukturalnie założymy, że w ogóle takie istnieje)? Grecy nadal walczą z Trojanami, lub raczej utrzymują pozory walki gdzieś w okolicy straganu z pamiątkami i napojami, Troilus nadal pragnie posiąść Kresydę (o braku ich młodzieńczości i powabności było wyżej). Parysowi jeszcze mniej zależy na Helenie niż w oryginalnym dramacie. Nowością jest rozbudowanie postaci Eneasza, który z księcia zaprzyjaźnionego z Troilusem, posłańca, zmienia się w oniryczną figurę, dźwigającą, niemal jak bohaterowie „Umarłej klasy” swoje manekiny, szkielet swego ojca. Nie jestem specem od mitologii, ale syn Afrodyty z płonącej Troi chyba wyniósł żywego ojca, a kwestie jego pogrzebu wynikły długo po spłonięciu miasta; nie mniej przyszły założyciel Rzymu ogniskuję uwagę widzów, oraz bohaterów…
Co do potencjalnie najgorętszych kwestii gejowskich i dotyczących genderowej redefinicji kobiety – zgodnie z przewidywaniami szekspirowskie pomysły są wyeksponowane, ale ani widok Achillesa wkładającego w usta ukochanego (pomarańcze i) mandarynki, czy turlającego się z nim pod kołdrą, ani samooskarżenie Kresydy, swoim kroczem budującej pozycję gdziekolwiek ją los rzuci (jestem [tylko] kobietą), nie oburzają nas, tak jak mogły oburzać odpowiadające im sceny przedstawione w siedemnastowiecznym Globe. Jest to więc doprawione multikulturowym pieprzem: niewolnik staje się czarnuchem, choć ten epitet jest niczym wobec tych padających w oryginalnym tekście (bitch-wolf’s son, whoresome dog), pojawiają się wątki autotematyczne dotyczące roli artysty (tancerka) w tym skundlonym świecie, wreszcie dostajemy podany nomen omen na stole (jak u pisarza ze Stratfordu, podkreślenie konsumpcjonizmu) gwałt homoseksualny, który swoim brutalnym naturalizmem rodem z więzienia szokuje i przysłania scenę, jaka według prawideł sztuki dramatopisarskiej powinna być punktem kulminacyjnym – haniebny mord dokonany na Hektorze. Z drugiej jednak strony, sam Szekspir w swej sztuce pogrywa z widzem kilkoma anty-kulminacjami, a zaburzenie linearności narracji w końcowych scenach stawia pod znakiem zapytania realność zabójstw sprzed epilogu. Czy można odczytać ten gwałt na założycielu Wiecznego Miasta jako upokorzenie a priori nowej – naszej cywilizacji post-rzymskiej, przez karlejącą cywilizację cwanych Achajów? Być może…
Ciekawa jest tez kwestia bogów. Tłoczący się u Homera, nieobecni u Szekspira. U Dudy-Gracz pojawia się jedna bogini (jak u Woody’ego Allena), szalejąca reporterka z pola bitwy (czy jesteśmy tylko tanim spektaklem dla bogów?), oddająca swe serce niewolnikowi i w telegraficznym skrócie ogrywająca klasyczny syndrom ofiary z elementami syndromu sztokholmskiego. Czy taki jest los kobiety? Z bogini błyskawicznie (choć bez udziału Zeusa) zamiana na „szmatę”, „sukę”?
Jak wspomniałam wyżej, końcowe sceny są pozbawione czasoprzestrzennej linearności i związków przyczynowo skutkowych. Może są tylko majakiem udręczonego umysłu, choćby Hektora, którego twarz patrzy na nas czujnie z wielkich ekranów? Bohaterowie kilkakrotnie powtarzają: niech się to jakoś wreszcie skończy – czyżby frustracja doprowadziła do pomieszania zmysłów? Pewnie wolelibyśmy uwierzyć w to niż w totalne (przepraszam) „skurwienie” się herosów… I cieszymy się razem ze zniewieściałym Priamem z Alzheimerem, kiedy bramy Troi wreszcie otwierają się przed konikiem-zabawką. Czy jednak oznacza to, że spektakl ma wymowę antywojenną? Nie. Wobec wojny bowiem nie ma w tym groteskowym świecie alternatywy (poza wspomnianym obłędem). I to nasza tragedia.
Pora na konkluzję. Odnoszę wrażenie, że – zgodnie z oczekiwaniami po lekturze dramatu, Agata Duda-Gracz, wybierając obrazoburczy tekst Szekspira jako podstawę swojej sztuki i, jak sądzę, dokładnie go przeanalizowawszy, kontynuuje i wzmacnia wymowę oryginału. Jesteśmy świadkami świata gnijącego w beznadziejnej niby-wojnie, zaludnionego przez antybohaterów i skarlałe postaci w konsumpcyjnym pędzie ku niemożliwemu spełnieniu, gdzie w ostatecznym rozrachunku to męska prostytutka okazuje najwięcej poczucia przyzwoitości. Takie to ponowoczesne, choć siedemnastowieczne… Ten świat umiera, gnije, świat, gdzie po homoseksualistach i kobietach z rozbuchana seksualnością, oraz po ciemnoskórych, jeździ się jak po starej kobyle. Na szczęście nie ma tu nachalnej oceny postaw w świetle współczesnej polityki poprawności spod znaku tęczy, dominuje jedynie poczucie dekadencji i odchodzenia – taki świat musi zginąć. Czyżby? Siedząc na twardych deskach, wciągając w nozdrza zapach mandarynek i wiejskiej kiełbasy konsumowanej przez aktorów, czasem zerkając na zegarek, widz czuje się częścią tego świata – naszego świata, który, mimo wad, przetrwał kolejne trzy tysiące lat. I kiedy to my, nie aktorzy, wychodzimy, zostawiając bohaterów w ich niezmiennych przez milenia perpetuum mobile, wiemy, że wracamy do szekspirowskiego teatru życia i jakoś w nim wytrwamy. W końcu, jesteśmy (tylko) ludźmi.


niedziela, 14 grudnia 2014

Enough

Enough


How long is enough?
Eleven years for a
German shepherd
Eleven years of checking
At the store of spirits
Keeping an eye on
His human friend
And his mate
Whose walk is so wobbly
As if he was a penguin
Thirty-seven years of
Deserving the due end
As he told me today
Can alcohol kill
Pain of a bone cancer?
Can it? Surely can
Can it make him feel
Thirty-seven is enough
To leave all behind
And walk the path to heaven
In this worn out leather jacket
With a bottle of vodka in the pocket
Will God make a toast
As a welcoming host
For just another soul
Too early spirit on the whole



niedziela, 7 grudnia 2014

Sonet I - z Szekspira

Sonet 1 (Shakespeare)
Od istot przednich chcemy przedłużenia
By piękno róży nigdy nie umarło,
A gdy wiek ześle nam koniec istnienia
Potomek dba by wspomnień nic nie starło.
Lecz ty we własne oczy wciąż wpatrzony
Sam sobą karmisz duszy swej płomienie
I gdzie jest mnogość – głodem wytrzebiony
Sam sobie słodki – a niesiesz cierpienie.
Tyś sam dla świata przepyszną ozdobą
Jedynym gońcem rozbudzonej wiosny.
W swym pączku siedząc zachwycasz się sobą,
Gromadząc – tracisz, ty gburze miłosny.
Nie bądź zachłanny, zlituj się nad światem,
Śmierć, jak ty, pożre od świata zapłatę.