piątek, 29 maja 2015

My Own Waste-land


My Own Waste-land


May is the cruellest month, breeding
Hopes
Of recovery
That are mown like the
Abundant greenery
Which recklessly sprung
Now rotting
On the path
To lose one friend
Whose always pampered fur
Is now smothered with
The spongy, not parched, soil
Cheerfully welcoming
Tears from the sky
[Heavens have been
Weeping (what a cliché)
For more than a week]
Seemed too much
To bear
My Fisher-king of snails now
He is
Silence piercing the hollow
Of  our ears
Fills the home
Like cry against
The laws of nature
Nostrils devoid of
The smell of
Another living creature
Of reek of
The dying creature
Cannot believe in
Purity of air
To lose another friend then
Seems a joke
Will it help , recalling
Our discussions on the eternity
Immortal values and infinite
Qualities of art
Its responsibilities
To bear witness
To those who cannot speak any more
Now you are numb and
Death gagged you
Biology mocked the meta
Physics, drowned
In the pool of grievance
By those who were unable
To take you as you were
Past tense, it’s so undeniably
Such a clear sign of
Crossing the line
Beyond which I cannot just shake any of you
Shake and wake
What can you say Mr. Beckett?
Mr. Brecht?
Why can’t he stand by himself
And laugh at death?
Show us it’s just
An appearance
A multi-layered show
Where the curtain going down
Isn’t the end, but turning the cards
In which corner of you theatre
Will I find your effigy
Reciting lines from the play
That is yet to be written
Will my mouth find
Shanti
For both of you?
For myself
For the globe now heavier with
Your two fleshy coats
Abandoned
In the grass never mown



Moja własna jałowa ziemia


Najokrutniejszy miesiąc to maj, wywodzi
Nadzieje
Powrotu do zdrowia
Które są koszone jak
Obfita zieloność
Co brawurowo wystrzeliła
Teraz gnije
Na ścieżce
Stracić jednego przyjaciela
Którego zawsze wychuchane futerko
Teraz przydusza
Gąbczasta, nie wyschnięta, ziemia
Radośnie witająca
Łzy z nieba
[Niebiosa już
Płaczą (co za banał)
Od ponad tygodnia]
Wydawało się, że to za wiele
Do zniesienia
Mój Król – Rybak ślimaków teraz
To on
Cisza kole przestrzeń
W naszych uszach
Napełnia dom
Jak krzyk sprzeciwu
Wobec praw natury
Nozdrza pozbawione
Zapachu
Innej żyjącej istoty
Fetoru
Umierającej istoty
Nie wierzą w
Czyste powietrze
Stracić kolejnego przyjaciela po tym
To jak jakiś żart
Czy pomoże, wspominanie
Dyskusji o wieczności
Nieśmiertelnych wartościach i nieskończonych
Walorach sztuki
Jej obowiązkach
Żeby nieść świadectwo
Tym, co już przemówić nie mogą
Teraz Ty jesteś bez ruchu i
Śmierć Ciebie zakneblowała
Biologia podśmiewa się z meta
Fizyki, zatopionej
W sadzawce żałości
Tych co niezdolni byli
Brać Ciebie takim jakim byłeś
Czas przeszły, tak niezaprzeczalnie
Taka prosta oznaka
Przekroczenia linii
Za którą nie mogę Was po prostu potrząsnąć
Potrząsnąć i ze snu wytrząsnąć
Co pan na to, panie Beckett?
Panie Brecht?
Czemu on nie może sam stanąć
Przy swym własnym boku
I śmiać się ze śmierci?
Niech panowie nam pokażą
To tylko pozór
Wielowarstwowy spektakl
W którym spadająca kurtyna
Nie jest końcem, tylko odwróceniem kart
W którym zakątku twojego teatru
Znajdę Twoją podobiznę
Recytującą wersy sztuki
Co jeszcze nienapisana
Czy moje usta odnajdą
Shanti
Dla Was obu?
Dla mnie
Dla globu teraz cięższego o
Wasze dwa cieliste płaszcze
Porzucone
W trawie nigdy nie koszonej

















środa, 27 maja 2015

Eleanor Rigby - Polish translation - moje polskie tłumaczenie

Eleanor Rigby



Ach. Spójrz na wszystkich, co samotni

Ach. Spójrz na wszystkich, co samotni



Eleanor Rigby, wybiera ryż

W tym kościele, gdzie ślub odbył się

Żyje we śnie

Czeka przy oknie, zakłada twarz

Którą trzyma w słoiku przy drzwiach

Komu ją da


Wszyscy, co samotni

Skąd wszyscy biorą się?

Wszyscy, co samotni

Gdzie mają miejsce swe?


Ojciec McKenzie, szukający słów

Do kazania, człek żaden nie pozna go, cóż

Nikt nie zawita tu

Patrz jak się krząta, skarpetki ceruje

W nocy gdy pustkę dookoła ma

A kto o to dba


Wszyscy, co samotni

Skąd wszyscy biorą się?

Wszyscy, co samotni

Gdzie mają miejsce swe?


Ach. Spójrz na wszystkich, co samotni

Ach. Spójrz na wszystkich, co samotni


Eleanor Rigby zmarła w kościele

Jej imię grzebano wraz z nią

Pustki przy trumnie tkwią

Ojciec McKenzie, ścierając pył

Ze swych dłoni, gdy opuszczał grób

Nikt nie ocalał znów


Wszyscy, co samotni

Skąd wszyscy biorą się?

Wszyscy, co samotni


Gdzie mają miejsce swe?





Ah look at all the lonely people
Ah look at all the lonely people

Eleanor Rigby, picks up the rice
In the church where a wedding has been
Lives in a dream
Waits at the window, wearing the face 
That she keeps in a jar by the door
Who is it for

All the lonely people
Where do they all come from?
All the lonely people
Where do they all belong?

Father McKenzie, writing the words
Of a sermon that no one will hear
No one comes near
Look at him working, darning his socks
In the night when there's nobody there
What does he care

All the lonely people
Where do they all come from?
All the lonely people
Where do they all belong?

Ah look at all the lonely people
Ah look at all the lonely people

Eleanor Rigby, died in the church
And was buried along with her name
Nobody came
Father McKenzie, wiping the dirt
From his hands as he walks from the grave
No one was saved

All the lonely people
Where do they all come from?
All the lonely people
Where do they all belong?

środa, 6 maja 2015

Recenzja "Kordiana"

…Pręż swój młody duch…


Co jeszcze można napisać o „Kordianie”, najnowszej propozycji Teatru im. Stefana Żeromskiego w Kielcach, kiedy już tyle napisano o samym koncepcie reżyserskim, o wprowadzonych do tekstu skrótach, o dodaniu do dwustuletniego dramatu nowych warstw czasoprzestrzennych – Katynia, współczesnej Polski w kontekście stosunków z Rosją i Zachodem? O wspaniałych kostiumach, sugestywnej scenografii, hipnotyzującej i świetnie zaśpiewanej muzyce Zbigniewa Koniecznego, wielowymiarowym aktorstwie… Pozostaje spisać subiektywne impresje, jakie ta nowoczesna, choć w przeciwieństwie do innych współczesnych propozycji teatralnych - czytelna, adaptacja rodzi.
Czytelność jest dziś ponowocześnie odczytywana jako słabość inscenizacji. Im ciemniej, tym lepiej – widz będzie się czuł na tyle głupio (Foucault pisał o opresyjnym charakterze definicji szaleństwa czy głupoty w naszych czasach), że raczej zmilczy swoje niezrozumienie przekazu, niż podważy jego zasadność, lub wytknie jego brak. W tym przedstawieniu widać dogłębne zbadanie i zinterpretowanie materii wyjściowej i konsekwentne przeniesienie przekazu w realia zapętlone gdzieś w kole wiecznego powrotu. Postać Winkelrieda, choć nam przyćmiło ja widmo franka rodem z tegoż kraju, staje jak ostrzeżenie – po raz kolejny wielcy Europy chcą na naszej piersi zatrzymać napór wroga, jak w 1944 dać sobie czas na przegrupowanie sił i lepszy start w negocjacjach.
„Kordian”, skazany na banicję niepolityczny narwaniec, bohater bryków licealnych, powrócił na deski naszego teatru - w dobrym stylu. Dzięki inscenizacji wyreżyserowanej przez Piotra Szczerskiego udowadnia, że jest lekturą szkolną, która śmiało wykracza poza salę do polskiego, że może jeszcze nakarmić wyobraźnie i – kolokwialnie ujmując – namieszać w głowach. Skonfundowanie malowało się na twarzach widzów wychodzących z premiery. Dręcząca myśl, że skoro nasze twarze były ostatnim obrazem przed zapadnięciem kurtyny, to chyba pora na NAS - dopisać część drugą…
Co dla mnie jest ważne w „Kordianie”? Kiedyś napisałam jednozdaniowy wiersz:
mój strach przed
moją niepełnosprawnością
która jest zasiana najgorliwiej
w moich szarych meandrach
dotyczy
niemożności odbierania życia
i że
nie każdy jest
równie upośledzony
Myślę, że Kordian (jak ponoć znaczny procent populacji) cierpi na podobną przypadłość. W dramacie dwa razy nie udaje mu się odebrać życia: sobie i carowi. Na scenie ma miejsce tylko nieudane zabójstwo - zamach. Za to, zgodnie z sugestią reżysera, nie tylko Kordian, ale i inni współobywatele chętnie oddają życie za innych, za ojczyznę, za Pałacyk Michla. Co ich motywuje? Kordian, natchniony przez szatana, po kartezjuszowsku wierzy w moc myśli i zmyśliwszy sobie receptę na życie (śmierć) prawdziwie wierzy w (choć może sobie tylko wmawia) możliwość zamiany jej w działanie. Upadek przed sypialnią cara odbiera sens ofierze, jaką ma na koniec złożyć ze swojego życia. Zamiast czynu opiewanego w pieśniach, anonimowy grób. Ofiara Powstańców Warszawskich jest, co prawda, opiewana, ale jej sensowność jest powszechnie podważana.
Ofiara i służalczość to dwa lejtmotywy przedstawienia. Ofiary, jak w „Mistrzu i Małgorzacie”, są zamykane w wariatkowie, a zgięci wpół sługusi obcego systemu wiwatują zza kartonowych głów współczesnych polityków. Zasypywani stronami Gazety i ogłupieni pulsującym obrazem z ekranu telewizora, obywatele pomachają szabelkami, kiedy im się każe a potem grzecznie wrócą na szpitalne łóżka. Tylko Kordian wyrywa się przed szereg, mimo przestróg, decyduje się na drastyczny krok, wierząc, że JEMU uda się osiągnąć sukces. Co prawda bohater wyłania się z kotła z pogiętej blachy, w którym diabły mieszają wywar olbrzymimi pentagramami, przypominającymi archaiczne mikrofony, ale jest raczej kolejną ofiarą manipulacji niż współodpowiedzialnym. Zło jest atrakcyjne, postaci szatanów i czarownic w kostiumach przypominających uniformy motocyklistów (czyżby prorocza wizja przejazdu Nocnych Wilków?) i heavy-metalowych muzyków budzą, może nie sympatię, ale w jakiś sposób imponują. Podobnie my dziś, jak zahipnotyzowani naśladujemy celebrytów, bez zastanowienia łykając to, co nam o nich podsuwają popkulturowe media, nie podejrzewając, że błahe informacje skutecznie rzeźbią nasz światopogląd. Sam car w putinowskim garniturku i jego brat, szczególnie ten ostatni, są tacy… ludzcy, pełni przywar, ale nie ucieleśniają zła absolutnego – ot, władza… I tylko czasem z głębi szarych meandrów słychać stłumione pytania.
Pytania…
„Czy lepiej, kiedy jest król? Czy kiedy go nie ma?...
Pytanie, które samego diabła w kozi róg zapędza padło na scenie w bardzo ważnym dniu. Nie chodzi mi o rocznicę Konstytucji, ani o zbliżające się wybory prezydenckie. W Wielkiej Brytanii urodziła się księżniczka, drugie dziecko drugiego w kolejce do tronu – i ta elektryzująca wiadomość zdominowała poranne media… Oczyma wyobraźni widzę polskie rodziny przed telewizorem, z radością omawiające te narodziny przy świątecznym śniadaniu, jak bohaterowie przedstawienia komentowali z nabożeństwem koronację w Warszawie. Bo kochamy koronowane głowy, polskie, rosyjskie, a choćby i bez korony, ale z porównywalną władzą… Choć pospadały kiedyś głowy europejskich monarchów z gilotyny , poległy dynastie pod kulami plutonu egzekucyjnego – ale my tacy sami, prawda? Tłum wiwatował, gdy car się królem ogłaszał, tłum wiwatował 3. maja przed Pałacem Buckingham. Władza – hipnotyzuje, zniewala umysły, ale i korumpuje. Czy pozbycie się króla daje szanse na realne zmiany? Co by było gdyby Kordian nie padł pod drzwiami sypialni? Czy stałby się kolejnym carem? Czy ‘pierścień władzy’ zamieni każdą duszę w czarny kamień? Czy potrafimy rządzić się sami? I jeszcze… Czy „Kordian” portretuje słabości tylko naszego narodu? Co napisałby Słowacki w drugiej części? Co tak naprawdę my powinniśmy zrobić, jak zapisać pozostawione przez wieszcza puste stronice? I wreszcie: czy warto było „Kordiana” przenosić na scenę? Przynajmniej to ostatnie pytanie mam odpowiedź. Warto.





KORDIAN
Juliusz Słowacki
inscenizacja i reżyseria Piotr Szczerski
muzyka Zygmunt Konieczny
scenografia Jerzy Sitarz
współpraca Iwona Jamka i Tomasz Smolarczyk
wizualizacje Michał Jankowski, Przemysław Brynkiewicz
reżyser świateł Damian Pawella
przygotowanie wokalne Beata Wojciechowska, Łukasz Mazur
ruch sceniczny Beata Wojciechowska
Premiera: 3 maja 2015
OBSADA
Kordian – Mateusz Rzeźniczak ( PWSFTviT Łódź)
Car - Wojciech Niemczyk
Wielki Książę Konstanty - Krzysztof Grabowski
UPADŁE ANIOŁY: Imaginacja - Wiktoria Kulaszewska, Strach - Beata Wojciechowska, Gehenna - Łukasz Pruchniewicz, Astaroth - Artur Słaboń, Mefistofel - Adrian Wajda, Szatan - Dawid Żłobiński
PACJENCI ZAKŁADU - Teresa BielińskaBeata PszenicznaZuzanna WierzbińskaMirosław BielińskiMarcin BrykczyńskiJanusz Głogowski ,
Dozorca – Edward Janaszek
Ochrona Cara - Edward Gola, Wiesław Jas, Andrzej Siuda, Lech Sobura


poniedziałek, 23 marca 2015

Sonnet on Eclipse


Sonnet 2 (On Eclipse)

As Sun lets way to lady Moon one day,
Yet night surrenders and the light prevails.
When spring as if unwelcomed just turns grey,
I take my brain and heart to put on scales.

If lies are told on daily base unbreached,
And mighty rulers claim our lives are theirs,
Shall I stand up to have them all impeached,
Or rather let life flow despite affairs?

Do elements play allies or dour foes?
Is harmony of spheres what runs it all?
Is the result what matters or the cause?
I do not know, but questions will enthrall.

Though sun gets dark, my moods will never sink.
As long as you’re with me, my strongest link.



piątek, 20 marca 2015

Abysmally Treated


Abysmally Treated

Unfathomable as it is
Abbysal notion
I open the box of documents
(Standing next to a book
By the poet whose dreams were
Trodden)
It’s got roses and
Butterflies on
Letters Bills Certificates
A workshop on DVD
And a wipe for glasses
Time to use it I guess

Eyes see the nefariousness
Magnitude of mishaps
Impregnated my pillow
Printed with witches
Tears run away from it
Back to my head
Veni, vidi no victory
The sword needs to be
Reforged but fire’s gone
Check-mate my mates
I’m no longer your stanchion

And my mantra follows

From every nook inside my head
To be myself, regain my thread
I want to banish recollection
I must set up a proper flection
It doesn’t matter hurt or touched
Unfairly treated, badly matched
Hide in that box the pride which pricks
Dig inside, never chase what slicks
Let every bud whirl in your eyes
Don’t give up building your here paradise.

Shanti shanti shanti

Again


poniedziałek, 9 marca 2015

Lordy Wszechmogące (recenzja spektaklu)

Piosenka zapachnie jak bzy,
Piosenka wyciśnie ci łzy,
Wspomnienia, wspomnienia,
Silniejsze będą niż ty.
(szlagier przedwojenny (?))
Lordy Wszechmogące

Wspomnienia. Wspomnienia są motywem spajającym trzy części przedstawienia „Lordy”, które miało premierę w sobotę 7 lutego w kieleckim Teatrze im. S. Żeromskiego. Wspomnienia ważkie, ale i miałkie. Wspomnienia całej ludzkości, choć zasadniczo tej przed czterdziestką. Wspomnienia dźwigane jak dmuchane brzemię lub pobrzmiewające echem wirali z Facebooka. Wymyślone, zintegrowane, wdrukowane, wyczytane, podsłuchane, nucone…
Najnowsza propozycja dream-teamu Pakuła-Rysowa-Skolias(y), wspartego świetnymi aktorami z naszej trupy, z pewnością będzie przebojem na miarę piosenek Beyonce, jednak… czy można coś znaleźć w środku piłki plażowej? Jaką tajemnicę kryje ten wielogłosowy dialog z Wielkimi? Czy zaskakująca spójność tropów powtarzanych w trzech częściach – kosmos, dmuchane zabawki, podkradanie wspomnień, woda dająca życie i śmierć, renesansowe żółwie, onomatopeja – ma coś do powiedzenia?
Spektakl robi wrażenie. Zaczynamy na dnie – zresztą tam wracamy w części trzeciej – na dnie nieistniejącego już basenu, w miejscu którego postawiono bardzo-elegancki-hotel. A może to jest tylko jakiś-tam-basen? Może to tylko mnie interesuje? „Lord Kantor” opiera się na iluzji – w tej konwencji basen jest wszechświatem. „Umarła klasa” wegetuje w kosmosie, klonowana w nieskończoność. Ta część przedstawienia jest imponująca. Manekiny zostały zastąpione przez żywe awatary, aktor jest nie tyle sobowtórem wizualnego ucieleśnienia swojego bohatera, co jego dopełnieniem - został zredukowany do głosu przetworzonego przez mikrofon, choć pozwolono mu grzecznie przycupnąć gdzieś między sceną a widownią. (A ‘cupali’sobie, wszyscy rewelacyjni: Edward Janaszek, Wojtek Niemczyk, Dawid Żłobiński i Andrzej Plata). Gdzieś spoza sylwetek przybyszów z Matplanety i paplaniny krnąbrnego komputera, niewątpliwie kuzyna Hala, spomiędzy dialogów o Niziołkach i zza gigantycznego odwłoku pompowanego Kleszcza – Lorda Kantora wyziera złowrogi świat, lemowskie trudne pytania o kondycję ludzkości podane w sosie absurdu. Pytanie podstawowe – czy w konsumpcyjnym pędzie ku nieśmiertelności ma szansę ostać się co nieco ludzkiego? I nadmieniona już kwestia wspomnień – ile jest nas w ‘naszych’ wspomnieniach? Czy ulegamy iluzji i manipulacji?  Czy konstytuują nas wspomnienia? Czy wspomnienia są błogosławieństwem, czy przekleństwem, brzemieniem na podobieństwo manekinów dźwiganych przez aktorów „Umarłej klasy”?
„Lord Milord” – dialog z Mironem Białoszewskim – też uwodzi widza. Ta część spektaklu podana jest jako film, którego ‘akcja’ rozgrywa się w prawdziwym basenie z wodą. Woda – życie to jeden z głównych tropów w tej części. Jej życiodajność narzuca się, gdy patrzymy na bohaterów – aktorów wygłaszających swoje kwestie w otoczeniu własnych dzieci – biologicznych klonów. Co ciekawe, ci bezdzietni pojawiają się z dmuchanymi rekwizytami zapobiegającymi utonięciu… aluzja dość czytelna, zdaje mi się. Monologi tej części ujawniają fascynację codziennością oraz słowem, jego warstwą semantyczno-brzmieniową. Mantra w praoceanie…
Po uczcie części pierwszej (po „Lordzie Milordzie” jest przerwa) - spore rozczarowanie. I nie dlatego, że „Lord Herling” ma mniej wspólnego z twórczością Gustawa Herlinga-Grudzińskiego niż ta recenzja z „Odyseją kosmiczną”. Choć żal, że po dwóch częściach tak pięknie i czytelnie dialogujących z przywoływanymi twórcami w ostatniej pisarz jest jedynie pretekstem. A rozczarowuje powrót do przeszłości. Już w „Twardym gnacie” irytowała mnie konwencja stand-up’u  - tam okraszonego muzykującymi warzywami. W obecnej inscenizacji dostajemy na wejście czysty jednoosobowy kabaret, w którym Andrzej Plata, jak zwykle brawurowo, jednak w sposób oklepany we współczesnym teatrze, wychodzi z roli metatekstem o pomieszaniu osób i wspomnień: jego samego, Autora, no i chyba Grudzińskiego. Dla mnie nudne – po raz kolejny czułam się, jakby ktoś mi recytował kompilację statusów facebookowych. Szczególnie irytujące były wspomnienia – niby osobiste, a kliszowo powtarzane przez aktywnych w necie trzydziestolatków. Z trwogą czekałam na tekst o ołówku i kasecie magnetofonowej? (Nie wiecie o co ‘kaman’? To jesteście za młodzi – albo za starzy). Tego mi oszczędzono, ale były stereotypowe historyjki o rodzicach wściekających się o zniszczenie garderoby, nie rozumiejących głębi poczynań i motywacji latorośli. Co z tego, że autentyczne? Z banału zrobić teatr może i da się, ale nie tym razem. Tak, na marginesie, niedawno przeczytałam opowiadanie Charlesa Bukowskiego o dorastaniu w LA w latach 40tych  - on potrafił z poplamionej koszuli zrobić perełkę literacką, ech… Gdyby i tu ograniczyć słowotok, pozwolić sobie na niedomówienie, kilka z opowiedzianych historyjek też by prawdziwiej przemówiło do widza i wywołało wzruszenie.
Potem na scenie – na dnie basenu - zaczęła się akcja – wysnuty z dramatycznego epizodu z biografii pisarza pejzaż wewnętrzny – kogo? Mateusza Pakuły? Ewy Rysowej? Nie wiem. Nie potrafię też zdecydować czemu miała służyć tak wielka niespójność stylistyczna monologów. Być może fragmenty patetyczne miały po gogolowsku uwypuklać groteskę? Może, ale w tym skazie była jakaś skaza. Zaskakujące – obraz kobiety wyłaniający się tych okruchów dnia minionego jest bardzo niedzisiejszy, pod włos z feminizmem. Kobiety zdziecinniałej – bo we wspomnieniach w jeden kogiel-mogiel utarto tragicznie zmarłą żonę Herlinga-Grudzińskiego i małolaty ze wspomnień autora sztuki (grane przez Zuzannę Skolias, Joannę Kasperek, Dagnę Dywicką i Ewelinę Gronowską). Żółwie Ninja w perspektywie pomieszania czasoprzestrzennego z czarnej dziury niszczą renesansowego poetę, filozofia na poziomie liceum kapie na deski wraz z oddawanym na boku ‘siku’, wysokie spotyka niskie w pół sylaby. Tylko, czemu to służy – poza niewątpliwie skutecznym wywoływanie rechotu wśród publiki? Nie wiem. Część trzecia powiela, cytuje, transponuje wiele z części pierwszej. Astronauta staje się pisarzem. Wspomnienia jeszcze bardziej wykrzywione przez pofalowaną taflę groteski zbijają z pantałyku. W imię czegoś?... Nie wchodzi się bezkarnie, wiem, choć po przerwie to raczej tak…
Dużo w tym tekście „nie wiem”. Najwyraźniej czytający go i tak będą musieli wejść do teatru i poszukać odpowiedzi na własną rękę. Może i ja wejdę tam raz jeszcze. A może powinnam – jak bohaterka zagrana przez Joannę Kasperek w obu częściach – milczeć i się uśmiechać (kobieta idealna, nieprawdaż?). A może jednak nie ja? …

PS: Finał z improwizowanym rapem – był doskonały, autoironiczny, po prostu śmieszny. I to pozostanie naprawdę miłym wspomnieniem. Dzięki J


poniedziałek, 2 marca 2015

Sliding (a song)

Sliding

I kick off my muddy boots
Weary servants of the spring
And lie down
Looking for a lazy whisper come
I don’t know it sucks or suits
But this waiting’s like a sling
Once run-down
But later will push me towards the sun

Searching
For the way round to make for start
Digging
Tunnels deep where we’re not apart
Clutching
Bag of tickets I freely use
Sliding
Down the slope of your lame excuse

I kick off my shiny shoes
Head’s like sitting on a swing
Due to stop
Nobody’s round here to start the strum
So devoid of mighty booze
And all fringes it may bring
Now I frown
Cos there is no-one to make me thrum…



czwartek, 26 lutego 2015

Mr Nightingale’s Late

By Julian Tuwim
Translated from Polish

Mrs. Nightingale’s neat nest is filled with sob and wail,
Mr. Nightingale’s not home yet, neither beak nor tail.
At nine was the dinner ready and he’s never late,
It is almost midnight now, so where’s my Nightingale?

All is cold, including fly soup with the evening dew,
Six mosquitoes stuffed and smothered with the primrose stew,
Roasted butterfly well seasoned with the shade of trees,
Finally – some moonlight cream-cake, which was made from breeze.

What if something happened to him? Perhaps robbery?
Feathers plucked, pure voice is stolen, what a misery!
Jealous Lark with little fledglings did it, nasty sneer!
Feathers nothing – they will grow back, but the voice is dear…

And there comes old Nightingale, whistling, jumping, glad.
Whereabouts have you been swooping? I’m all tears and mad!
And his chirp reply’s as follows: I’m sorry, my pet,
But the evening’s so alluring that I walked instead.



piątek, 30 stycznia 2015

Spattered Disco (lyrics)


Every curving way
You can’t keep at bay
It will make you reach some place and never lead astray
Every passing soul
Every church bell toll
They will praise you eagerly for making for your goal
Though it doesn’t matter
When you hear the chatter
Does it ever flatter
And it doesn’t matter
If the maddest hatter
Surely wants to utter

Every heavy rain
They avoid in vain
Threatens you with drain but frankly just cleans up the stain
Every puddle deep
That you cannot leap
It will make you swim as if you never could have skipped
And it’s got to matter
When the rain does splatter
You catch up the patter
It will really matter
If you start to natter
Cover up the clatter

… Every heavy rain
They avoid in vain
Threatens you with drain but frankly just cleans up the stain
Every curving way
You can’t keep at bay
It will make you reach some place and never lead astray
Has it ever mattered
That you heavily battered
Tatters old’n spattered
Make it always matter
Though your paths may shatter
Not a thing you scatter







niedziela, 4 stycznia 2015

An Encounter



Scroll me down
Strip me of the props
Stage my fright
Sense my craft
Smell my saturation
Spook my wise steps
Speak my dialect
Shine me with vice
Stone my gem of virtue
Strengthen our solace
Seperate tropes
Stop it
String carries moons floating 
Knives cut short the throats of gods