niedziela, 15 maja 2016

Wojna nie ma w sobie....

Wojna nie ma w sobie nic z człowieka
UWAGA: Mało zainteresowani współczesnym ględzeniem o płciach przechodzą od razu do ostatniego akapitu.
„Dlaczego musi pani pisać o tych kobietach, czemu nie o jakimś bohaterze?” – pyta (parafrazuję) Bardzo-ważny-pan-oficer-z-medalami (Edward Janaszek) reporterkę graną przez Joannę Kasperek, na premierowym spektaklu "Wojna nie ma w sobie nic kobiety" w reż. Elżbiety Depty. Miałam też ochotę zadać podobne pytanie – czy o ohydzie wojny muszą nas przekonywać kobiety? Czy wojna widziana oczami mężczyzn nie jest wystarczająco odpychająca? Przecież teksty pacyfistyczne dobrze się mają od jakiegoś wieku przynajmniej; w literaturze i filmie nie raz przeżywaliśmy traumy wojny młodych idealistów-ochotników lub przemocą wcielonych do armii nastolatków. Ale, żeby „żołnierki”? Czy tylko dlatego, że spektakl oparto na literaturze faktu noblistki, Swietłany Aleksijewicz?
Kobieta-żołnierz, poza chlubnymi klasycznymi już przypadkami z historii, jak Emilia Plater, kojarzy się dziś z krzykliwymi orędowniczkami odrzucenia opresji języka i performatywów płci zakodowanych, jak twierdzi m. in. Judith Butler, w kulturze. Kobiety, według tych teorii, nie różnią się od mężczyzn, to tylko wpajane im od dzieciństwa role powodują, że kobieta jest postrzegana jako słabsza, histeryczna, itp. Produktem takiego postrzegania armii jako paraboli szowinistycznego świata może być postać grana przez Demi Moore w „GJ Jane”.  Podobne głosy mogły paść w prologu spektaklu – wywiadzie przeprowadzonym przez Reporterkę z widzami w foyer teatru. Jednak nie padły. Żadna ze zgromadzonych kobiet nie domagała się prawa do równego traktowania kobiet i mężczyzn w obliczu wojny. Za to wszyscy widzowie obu płci bardzo niechętnie rozmawiali o perspektywie wybuchu wojny w sąsiedztwie i o konieczności odbierania życia…
Świat, gdzie takie rzeczy są codziennością, widzowie napotykają po przejściu przez „okopy” (świetna scenografia) korytarzyka na Małą Scenę. Kobiety (Dagna Dywicka, Magda Grąziowska, Anna Antoniewicz) to „żołnierki”.  Poznajemy ich motywację wstąpienia do armii – akt rozpaczy wobec niemożności zniesienia losu zgotowanego ich rodzinom, spalonym, umęczonym przez pędzenie ich w kolumnie jeńców, zastrzelonym. Trafiają do armii, która całkowicie jest nieprzygotowana na „obsługę” kobiet, czego oznaką są choćby buty w wyłącznie męskich rozmiarach. Mimo aluzji do trybalnych korzeni idei walczących kobiet (film w tle), wojsko jest maskulinistyczne. Dziewczyny uczą się zabijać i nie dać się zgwałcić (choćby przez uroczo-odpychających kolegów po fachu, jak ten grany na granicy pastiszu przez Krzysztofa Grabowskiego). Uczą się ukrywać, choć czasem i wykorzystywać swoja seksualność i wszelkie konsekwencje bycia kobietą. W koszmarze wojny (jakkolwiek banalnie ten zwrot pobrzmiewa) próbują zachować siebie. Śpiewają, tańczą, próbują dbać o ubiór i higienę, nie chcą umrzeć i brzydko wyglądać. Po powrocie z wojny chcą zapomnieć o niej, mówią o błyszczących strojach, perfumach, pierścionkach. Ale ich oczy są puste. Świetnie zostało to odegrane przez nasze aktorki. Sekwencje wideo z ich udziałem są łudząco podobne do prezentowanych w foyer filmów dokumentalnych z rozmowami z prawdziwymi kobietami z armii Ukrainy i Izraela. Prosto podany tekst, bez teatralnej maniery i te puste oczy…
Wracając, do pytania, czy wybranie do reportażu i spektaklu kobiet to tylko moda? Zacytuję Ingę Iwasiów: „Przedstawicielki krytyki feministycznej […] swoje działania badawcze odnoszą do założeń koncepcji epistemologicznych dotyczących sposobu uprawiania nauki uwzględniającej tzw. kobiecy punkt widzenia […] oferując rzekomo bardziej kompletne i mniej zniekształcone źródło wiedzy , co wynikać ma z „kobiecej podwójnej perspektywy”, oznaczającej, że kobiety są zanurzone w patriarchalnym świecie i edukowane w przyjmowaniu jego reguł wartościowania i interpretacji rzeczywistości, ale jednocześnie zostały wyłączone z koncepcji męskiej kultury, a ich doświadczenia są odmienne od tych preferowanych w ramach zastanego porządku społecznego-kulturowego. Istotną korzyścią wynikającą z przyjęcia ‘kobiecego’ punktu widzenia jest, jak przekonuje filozofka Sandra Harding, przemyślenie na nowo cennej dla nauki Zachodu kategorii obiektywizmu. […]To krytyczne podejście umożliwia zaistnienie silniejszego obiektywizmu, niż ten osiągnięty przez tradycyjna naukę, wedle której punktem wyjścia dla wiedzy jest pozycja dominująca, co skutkuje tworzeniem częściowych i zniekształconych reprezentacji rzeczywistości, a tym samy nijak ma się do modernistycznych norm bezstronności, neutralności i powszechności […]”. Czyli, z punktu widzenia kobiet rzecz przedstawi się pełniej, wielowymiarowo, dobitniej, prawdziwiej. No i, czytelnik/widz bardziej się wzruszy rozterkami młodej snajperki niż kilkunastoletniego snajpera. No umówmy się, wojna nie jest dla kobiet, jak bardzo postępowi byśmy nie byli…
I tu dochodzę do pozornej nieadekwatności spektaklu wobec naszych czasów. Brak realiów geopolitycznych w spektaklu pozwala wysunąć tezę, że istnieje jakieś uniwersalne odbieranie wojny przez kobiety, że jest jakaś istota kobiecości ponad narodowościami, klasami społecznymi. Bardzo mocno to pobrzmiewa w spektaklu, mimo że w naszych czasach nie jest to stanowisko mile widziane. Współczesna filozofia i nauki społeczne skłaniają się raczej ku negacji esencjalizmu, tej podskórnej, uniwersalnej istoty kobiecości. Współcześnie postuluje się, że nie ma preferencji, a tym bardziej odgórnie zdeterminowanych zachowań płci – są jednostkowe wybory – jedynie represjonowane przez kulturę z jej męską dominacją. Taka jest dominująca w dyskursie narracja. Jednak, nie sprawdza się to, nie w obliczu wojny. Biologia, wespół z kulturowymi lub osobistymi oczekiwaniami wobec płci pięknej, wyraźnie ma znaczenie w działaniach bohaterek.
Czy zatem jest to głos chybiony, spektakl nie trafiony w prawdę czasów? Nie. Bo tak naprawdę jest to spektakl o męskich rolach w społeczeństwie. Męskie role wyraźnie odznaczają się od żeńskich w tym przedstawieniu. Podczas gdy te ostanie są wręcz naturalistycznie oddane, męskie, szczególnie ta Edwarda Janaszka, ocierają się o groteskę. Parodia uwyraźnia opozycje kulturowe, wyznacza im status konstruktu. Według Judith Butler, potrzebujemy stereotypów, przeciw którym występujemy. W tej adaptacji to mężczyźni odgrywają swoje role, te, zgodnie z hipotezami gender studies, wyznaczone im przez tradycyjne, patriarchalne społeczeństwo. I, mimo że w cywilnym świecie wiele z tych postaw zostało już odstawionych do lamusa, armia, wojna są sytuacjami, gdzie brutalny świat samczych postaw jest nie tylko tolerowany, ale wprost pożądany. I tu ponownie, może zostać zinterpretowany jako parabola naszego świata jako takiego. Wojna, według Iwasiów, sprzyja „opracowaniu relacji przestrzennych jako znaczących, jako pseudodominujących zakresy partycypacji społecznej”. Wojna tylko uwydatnia pewne mechanizmy nadal żywotne, choć zamiecione pod dywan, w dwudziestym pierwszym wieku.

Czy ja się z tym zgadzam… I tak, i nie. Wierzę, że mocne osobowości są w stanie wyjść poza stereotypy i stawić czoła każdej opresji. Zapytana w prologu (po dwóch panach to deklarujących), czy ja też nie będę uciekać, wykrztusiłam, że nie, że zostanę. Bo wierzę, że nie ucieknę, bo taka postawa jest rezultatem moich lektur i, w dzisiejszym ujęciu, nieco konserwatywnych-patriotycznych poglądów. Choć nienawidzę agresji i zabijania, stawię temu czoła. Bo jak inaczej, gdy „palą twój dom”? W dużej mierze identyfikuję się z bohaterkami spektaklu. Nie mierzi mnie perspektywa śmierci za ojczyznę, ale to, że mogę umrzeć brzydka, brudna, nieuczesana. Wiem, to takie… kobiece. Tu wyłania się antywojenna wymowa przedstawienia. Wojna po prostu rozwala podwaliny naszego ponowoczesnego społeczeństwa, odsłania pierwotne instynkty i niemodne motywacje. Ale pal sześć (post)modernizm. Wojna jest… nieludzka, po prostu. Choć niby nic odkrywczego nie zostało w kieleckim spektaklu przekazane, jest on z pewnością wart zobaczenia i przeżycia. Aż do łez…


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz