wtorek, 5 lipca 2016

Samotność pól startowych


Po wznowieniu „Samotności pól bawełnianych” na dużej scenie Teatru im. S. Żeromskiego w Kielcach w ostatnim sezonie zdecydowałam, że nie będę nic pisać o tym spektaklu. Granym tyle razy na tylu scenach świata, ‘oachowanym’ w tysiącach postów na ‘fejsie’ i nie tylko, przywoływanym w egzaltowanych dyskusjach i egzystencjalnych sporach… Rozebranym dokumentnie, jak bohater przedstawienia…
Teraz jednak wklepię kilka słów. Co się z mieniło? Otóż, „Samotność” zagrała z Open’erem. Tak. Z Open’erem, a nie na Open’erze. Tu leży pies pogrzebany. (Jaka rasa? Nie wiem.)
Bernard-Marie Koltès napisał swoją sztukę w drugiej połowie lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Ramota? Niezupełnie. W adaptacji Radosława Rychcika echem odbija się obyczajowość rave’u, kształtująca kulturę początku ostatniej dekady minionego stulecia. Na gdyńskim lotnisku wojskowym echem odbijała się muzyka The Natural Born Chillers z namiotu teatralnego, echem wewnątrz pobrzmiewał też ten jeden wielki rave, jakim, mimo różnorodności prezentowanych gatunków muzycznych, stał się dziś statystyczny festiwal muzyczny, nie wyłączając Open’era. Mikrokosmos Kinoteatru festiwalowego wpadł w nieustającą interferencję z makrokosmosem opasanego kolczastym drutem Open’era. A ten ostatni stał się dla mnie hiperbolą naszego konsumpcyjnego (?) społeczeństwa.
Protect me from what I want
Lubię przywoływać hasło Jenny Holzer. Brakowało mi go wśród sloganów pulsujących na ekranie projekcji filmowej, będącej częścią przedstawienia. Choć pochodzi z pierwszej połowy lat 80’tych, było częścią ‘rave parties’, przynajmniej w wizji Danny’ego Boyle’a. W spektaklu zarówno Dealer (Wojciech Niemczyk), jak i Klient (Tomasz Nosiński), niby przypadkiem spotykający się na ulicy, boją się zwerbalizować swoje pragnienia. Nie do końca wiadomo, kto komu i co pragnie sprzedać. W produkowanym przez obu bohaterów słowotoku, z głośników, wwiercającym się w nasze uszy, kryje się jedno: im dłużej ja mówię, tym dłużej ty słuchasz, tym dłużej ja posiadam twoja uwagę, jestem zauważany, jestem panem twojego umysłu, JESTEM. Nagość, zrzucenie kostiumu, jest w tym kontekście tylko głośniejszym krzykiem. W swojej niemości zmuszającym do reakcji. Ale o tym napisano już wiele stron w wielu językach. Co mnie uderzyło, to korespondujące z wizją teatralną zachowanie festiwalowiczów: snujący się bądź biegający ludzie, z oświetlonego punktu A – Main Stage, do oświetlonego mniej punktu B – np. Tent Stage, w poszukiwaniu coraz mocniejszych wrażeń, głównie dźwiękowych, co w realiach gdyńskiego pola urasta do poszukiwań mega hałasu. (Koncert ‘zaliczony’ – poszukajmy czegoś co da nam potężniejsze bodźce.) Ludzie nie wiedzący, czego pragną: drink, czy piwo, frytki, czy burrito? Ustawiający życie w relacji komercyjnej, przeliczający jego wartość na ‘lajki’. Ludzie mijający samotne dusze a jednak przede wszystkim pragnący, żeby zauważyć ich istnienie – krzykiem, strojem/kostiumem, makijażem, tańcem wrzeszczący: daj mi znać, że zauważasz, że tu JESTEM, patrz, sprzedaję ci co zechcesz, ale patrz na mnie, niech będę chwilę dłużej, najlepiej na koncertowym telebimie…
See you in 25 years
To już ze spektaklowego filmu. Inny idol początku lat 90’tych: David Lynch i „Miasteczko Twin Peaks”. Jego bohaterka, Laura Palmer, zerknęła na nas kilka razy z ekranu. To będzie gdzieś ćwierć wieku, odkąd wydobyła z siebie te słowa w wizji Coopera o tajemniczym czerwonym pokoju. Zdaję sobie sprawę, że przy premierze spektaklu ta korespondencja nie zachodziła, ale mam to szczęście, że przy moim o nim pisaniu tak. Wtedy, Lynch chyba jako pierwszy w telewizji, pokazał ciemną stronę pragnień zwykłego obywatela małego miasteczka. To wyobrażenie długo kształtowało moje nastoletnie i dwudziestoparoletnie życie. Minęło 25 lat, potocznie rzecz ujmując pokolenie, i ja już nie do końca podzielam tę mroczną postfreudowską wizję, dlatego zbędna wydaje mi się wizualizacja ludzkich grzeszków na ekranie. Są jednak inni, którzy muszą chyba przejść przez takie czy inne purgatorium Twin Peaks. Widziałam cudną nastolatkę, ubraną w ciemną krótką sukienkę, ciężkie buty, chustę, z mocnymi brwiami i bordową szminką – wyglądającą jak bohaterki wspomnianego serialu i ja wówczas – z błyskiem w oku przekonującą, że przedstawienie ma dla niej wartość, nie jest ramotą ubiegłego pokolenia… Koło wiecznego powrotu, in 25 years…
Meanwhile
To tez z Laury i spektaklowego filmu. Kręci się… koło…
·         Holzer first used "Protect Me From What I Want" in 1983 as part of her "Survival" series. 
·         The late 80s and early 90s were the peak of the rave scene movement.
·         Bernard-Marie Koltès (9 April 1948 – 15 April 1989) was a French playwright and theatre director best known for his plays La Nuit juste avant les Forêts (The Night Just Before the Forests, 1976), Sallinger (1977) and Dans la Solitude des Champs de Coton (In the Solitude of Cotton Fields, 1986). A close friend and collaborator with the avant-garde director Patrice Chéreau.[…] Koltès died in a Paris hospital in 1989 due to complications from AIDS.
·         The first season of Twin Peaks began airing during the 1989–90 United States network television schedule on April 8, 1990.
·         In 1987 Boyle started working in television as a producer […] before becoming a director on […] two episodes of Inspector Morse. These were Masonic Mysteries and Cherubim and Seraphim. [1992]
·         Open'er Festival – festiwal muzyczny odbywający się na terenie Gdyni oraz gminy Kosakowo od roku 2003. Pierwsza edycja festiwalu odbyła się w Warszawie w 2002 jako Open Air Festival.
·         "Samotność pól bawełnianych" to połączenie teatru, performansu i koncertu [...] Premiera spektaklu odbyła się w naszym Teatrze: 3, 4 października 2009
·         29, 30 czerwca oraz 1, 2 lipca to daty pokazów "Samotności pól bawełnianych" Bernarda-Marie Koltèsa w reżyserii Radosława Rychcika na Opener Festival 2016!
Words are useless
To też z przedstawienia/wizualizacji. Nie zgadzam się. Słowo, mimo wielkiego podziwu dla całości adaptacji, jest tu dla mnie najmocniejsze. Jak już wyżej napisałam, to słowo, nie obraz przykuwa moją uwagę; spójny i logicznie się rozwijający tekst trzyma widza w napięciu, buduje takowe między bohaterami spektaklu. I, choć naprawdę bardzo podoba mi się kielecka inscenizacja Radosława Rychcika, kilkakrotnie zastanawiałam się, czy „Samotność” ‘sprzedałaby się’ w bardziej klasycznej, minimalistycznej odsłonie. I wierzę, że dzięki słowu – TAK. Meanwhile – pewnie jeszcze raz zobaczę tę, już bez tłumów obnażających pragnienia i niezaspokojenie, bez wiatru szumiącego na polu startowym, bez samotności (o, jakie to banalne) w dzikim tłumie.









Brak komentarzy:

Prześlij komentarz