sobota, 15 października 2016

Harper - po premierze studenckiej

Dirty old river, must you keep rolling, flowing into the night?
People so busy, make me feel dizzy, taxi light shines so bright 
But I don't need no friends
As long as I gaze on Waterloo Sunset I am in paradise 
Every day I look at the world from my window
But chilly, chilly is the evening time
Waterloo sunset's fine (…)
The Kinks
Nie widziałam “Harper” w National Theatre w Londynie. Mniej więcej w czasie tamtej premiery ów budynek teatralny kojarzył mi się ze sztuczną murawą między rzeką a wejściem do niego i darmowymi leżakami. Zamiast wzruszeń po tamtej „Harper” zyskałam zatem opaleniznę… Oglądając sztukę teraz, studencką premierę w rozpłakany kielecki wieczór, cieszyłam się jej angielskością, która przywoływała wspomnienia mojej peregrynacji po brytyjskim lądzie.
Nie mogę powiedzieć: Haper Regan to ja, mimo zbieżności wieku. Różne biografie. Jednak… bez trudu identyfikowałam się z bohaterką, więc ta recenzja (jak wszystkie moje) jest bardzo subiektywna. Zastanawiałam się, czy Harper jest korpo-mieszczką. Z jednej strony, tak, praca we wszystkie weekendy, kredyt, dziecko, które trzeba wysłać na studia. Mąż w garniturku, biurowy uniformik i koczek. Ale spod ciotkowatej bluzeczki przez cały spektakl trudno było nie dojrzeć braku stanika, co całkowicie burzyło ten konsekwentny i realistycznie budowany wizerunek poukładanej pani w prawie średnim wieku. Wobec konsekwencji w dbałości o detale, hiperrealizmu w budowaniu wizerunku postaci, trudno mi to uznać za niedopatrzenie, zatem… to znak dla widza. I najprostsza interpretacja – kryzys wieku średniego, poukładana korpo-mieszczka buntuje się, dostaje „kota” jak bohaterki Almodovara, kolokwialnie mówiąc bierze w łeb. Bohaterka nigdy nie zaakceptowała swojej pozycji jako odpowiedzialny i spełniający się w wyścigu szczurów ‘breadwinner’, nie dorosła, nie stała się kobietą, czego w tradycyjnym podejściu symbolem był moment, kiedy podlotek zaczynał nosić biustonosz. Dziesięć lat temu nazwano nasze pokolenie generacją kidultów, trzydziestolatków, którzy świadomie i gremialnie powiedzieli dojrzewaniu: „kurwa, nie”. I jej wyruszenie w drogę pod pretekstem pożegnania umierającego ojca nie jest odrzuceniem dotychczasowego stylu życia a jedynie zrzuceniem maski.
Droga. Kusi, żeby zbudować kilka analogii z kinem drogi. „Thelma i Louise” – wspólny motyw – agresja wobec mężczyzn (baba bije chłopa). Filmy Petera Jacksona – wybór, czasem mniejszego zła, pytanie o obowiązek wobec innych. Dante i podróż w głąb piekła. Podoba mi się to ostatnie. Szpital, pijaństwo, hotel, dom matki, wreszcie dom rodzinny – to kolejne kręgi. Szczególnie ten ostatni, bez wyjścia, jak się okazuje, to wieczna kaźń bohaterki, czego pierwsze sceny nie zapowiadają zbyt wyraźnie. Poszukiwanie nowych doznań (nadużywanie alkoholu, ciężkie pobicie faceta, seks z przygodnym gościem) nie przynoszą ulgi, każde doświadczenie jest portalem do kolejnego kręgu, prowadzi do samopoznania i odkrycia prawdy o swojej rodzinie, dotąd skrzętnie zamiatanej pod dywan. Powrót do domu nie jest zatoczeniem koła, staroegipskim cyklem powrotu, dowodzi raczej heraklitowego powiedzenia, że nie wchodzimy do tej samej rzeki. Ale nie możemy też z niej wyjść. I w ostatniej scenie dla Harper ta rzeka to Styks…
Do wody bohaterka wchodzi raz dosłownie. W słynnej już skądinąd scenie z wanną. Ona i on, tatusiek z portalu erotycznego, zrzucają ubranie i uprawiają seks w wannie. Widzowie śledzą naocznie tę dość dosłowną scenę. Niektórzy się burzą, wielu pewnie nie przyzna się do przyjemności płynącej z voyeuryzmu. Mnie ona irytuje. Nie mam nic przeciw nagości, kiedy jest ona znakiem. Film czy fotografia to kiedyś celuloid, obecnie piksele, żywe ciało jest jedynie odległym pretekstem do ich powstania, z którym widz nie musi obcować. Oglądanie ich konwencjonalnie opiera się na zgodzie odbiorcy na to doświadczenie. Dzisiejszy teatr natomiast lubuje się w gwałceniu widza i stawianiu go naocznie wobec Ciała, biologicznego i niekonwencjonalnego. Czy jest ono jakimś znakiem? Jeśli tak, to tym gorzej, bo czy nie urąga on inteligencji widza? Bohaterka w swoim szaleństwie wolności zrzuca uniform i konwenanse, staje naga jak denat w prosektorium i bezbronna. Ale… czy widz nie zinterpretowałby takiego przekazu, więcej sobie wyobrażając niż oglądając? Fakt, gadka o dzieciach i współmałżonkach podczas spółkowania to mocna scena, ale jak już napisałam, wolę takie z użyciem innego tworzywa niż w teatrze.
Słowo samo z siebie też potrafi zmrozić widza. Jak te opowieści o pedofilii, zawsze w aluzjach, nigdy dosłownie nie odegrane przed oczami widzów. Te historie wprowadzają do naszej wyobraźni najmłodszą grupę bohaterek. Owe dziesięciolatki dopełniają obrazu dziewczynek w spektaklu. Najmłodsze w tym zbiorze, prawdopodobnie brutalnie zmuszone do osiągnięcia dojrzałości przedwcześnie, stanowią uzupełnienie dla postaci Sary, nastoletniej córki, która też z powodu rodzinnej afery musiała szybko dorosnąć. Jednak pozostaje ona nieodpowiedzialna, buntownicza i trzpiotowata, roszczeniowa wobec matki. Żadna z kobiet w przedstawieniu, choć reprezentują one różne pokolenia, nie może zostać nazwana dorosłą i dojrzałą. Nawet matka Harper odmawia zaakceptowania faktu starzenia się, wiążąc się z młokosem mającym bzika na punkcie sportu i męskiej witalności. Mamy zatem w sztuce dziewczynki, nastolatki, kobiety dojrzałe i starzejące się, wszystkie jakby niedopasowane. Nie jest to jednak feministyczny bunt przeciwko roli kobiety, szczególnie nie w przypadku bohaterki tytułowej, ponieważ jej tragizm polega na tym, że ona właśnie musiała przyjąć rolę tradycyjnie męską, głowy rodziny i jej żywiciela. Nie zrobiła jednak tego w imię zwalczania społecznych oczekiwań wobec płci, a jedynie z tak zwanego musu. Immanuel Kant, a nie Judith Butler. Nie chcę zdradzać szczegółów. Dodam jednak, że nawet bunt i przyznanie się do win nie dały jej ostatecznie wolności. Jej tragizm nie wypływa tylko z konieczności wypływającej z potrzeby utrzymania konwenansów, ale ma silne podłoże finansowe. I tu wielu widzów pewnie empatycznie westchnie – kto z nas nie jest niewolnikiem kredytów, kto nie godzi się co dzień na rzeczy, które należałoby odrzucić, tylko dlatego, że topór raty wisi nad nami. Banalne? Może, ale uświadomienie sobie na jak wiele godzą się ludzie aby utrzymać swoje mieszczańskie status quo  ma działanie oczyszczające.
Reasumując, tradycyjna psychodrama w brytyjskim stylu, z obowiązkowymi szkieletami w szafie, to coś, co lubię. Tekst, fabuła, perypetia. Doskonałe aktorstwo dopełnia przyjemności obcowania, każdy z aktorów – wielu z nich wciela się w kilka niepodobnych do siebie postaci – zasługuje na równie gromkie oklaski. Surowa scenografia, imitująca tunel metra, zachwyciła mnie – the Tube zawsze stanowiło dla mnie niepokojącą obietnicę. Na kieleckiej scenie staje się ono całym światem bohaterów… Muzyka, pulsujące światło i dźwięk, reminiscencje jednego z moich ulubionych filmów – „Trainspotting”.  Dzięki „Harper” odbyłam swoja podróż-ucieczkę w świat wspomnień, czyli sztuka umożliwiła mi gadamerowską fuzję horyzontów.  Czy umożliwiła mi poznanie jakiejś szczególnej tajemnicy na mój własny temat? Że Harper to jednak ja? Tak, to ja. A jednak nie… Niekoniecznie… Nie szkodzi…
PS:
Running on my sore feet again
Chasing  illusions and pain
With the river squirming to and fro
Tracing insights by Leonardo

Sometimes hammered, sometimes with a pure mind
Feeling stone walls as if I was blind
Can a city be ever-inviting
At the same time be alien and biting?
A.M



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz