poniedziałek, 3 października 2016

Mieszczanin nazywa. Recenzja „Kła”.

Mieszczanin nazywa
Recenzja „Kła”
Twarde krzesło w lewym rogu pierwszego rzędu. Aktorzy wrzeszczący coś prosto (dosłownie) w twarz, lub rozmawiający za ścianą przepuszczającą zamiast dialogu jakieś mruczanki. Po lewej ciąg nisz imitujących pomieszczenia w domu, w zasadzie niewidocznych pod tym kątem. Czasem ktoś przebiegnie centymetry przed moimi palcami stóp. W oddali, zza głów widzów, na plastikowej ścianie błyskają obrazy z kamery. Po lewej plany światła na ścianie powinny układać się w te same obrazy, ale oko z tak bliska nie wysyła do mózgu czytelnych sygnałów. Mózg rusza gałkami w poszukiwaniu czegoś, co można poddać interpretacji, znaku. Znajduje jeden na ścianie na wprost. Zielony rysunek ludzika uciekającego przez drzwi. Ewakuacja. Kuszące…
Jednak nie, nie pozwólmy, żeby techniczne niedociągnięcia czy fizyczny dyskomfort odebrały nam możliwość – odbioru – sztuki, w której, nomen omen, ludziki (nie) uciekające przez drzwi są istotnym elementem fabularnym.
Nie widziałam filmu, na którym oparta jest szuka, chyba nie chcę – niech przedstawienie przemówi swoim i tylko swoim językiem. A język, swój, swoisty i jedyny, jest też ważnym budulcem fabularnym. Oglądamy rodzinę, którą nawet współczesny język przeczulony na wykluczenia i walczący ze stereotypizacją określi mianem patologicznej. I nie swojsko patologicznej, jak ta z hitowej opowiastki o chrzcinach Kabaretu Skeczów Męczących. Ojciec zamieszkujący wolno stojący dom urządza w nim swoją małą Utopię. Pragnąc uchronić rodzinę przed złym światem zewnętrznym, zatrzymuje dzieci i żonę w domu, permanentnie. Żona wydaje się być świadomym uczestnikiem budowania iluzji, jednak dzieci są poddane złożonej i złowieszczej manipulacji. Ta manipulacja odbywa się na kilku poziomach: klasyczne warunkowanie, czy, jak ktoś woli, tresura. Rodzina nie ma psów, ale dzieci podlegają treningowi, jak szczekające czworonogi – a nawet czasem szczekają... Drugi poziom to narracja „sprzedawana” potomkom, o wrogim świecie zewnętrznym i krwiożerczych potworach czających się tuż za drzwiami i czyhających na świeże ludzkie mięso, gotowych zdobyć je poprzez wyszukane podstępy. Narracja, która trwale wdrukowuje się w umysł i tkwi, aż do chwili buntu – przynajmniej u niektórych. I wreszcie, manipulacja poprzez język. Z punktu widzenia widza obserwujemy mechanizm ilustrujący derridowskią dyseminację sensów, doświadczamy, że znaczenie nie jest na stałe przypisane znakowi. Jednak w świecie przedstawionym słowa, które wdzierają się ze świata zewnętrznego a nie pasują do narracji są adaptowane, na stałe przypisuje się im nowe bezpieczne znaczenia, podpisuje pod oswojone desygnaty otaczające dzieci. Niektóre są dla widza dość przewidywalne, jak przypisanie nazwy padlina do mięsa, chwyt często wykorzystywany przez wegetarian i wegan. A desygnaty wdzierające się do zamkniętego świata dostają bezpieczne nazwy: na przykład samoloty pełzające po niebie zostają ślimakami. Interesujące na poziomie języka jest też to, że bohaterowie zostali pozbawieni imion, mają przypisane funkcje, które powinni realizować. Znaczące też jest – albo i nie – że osoby wcielające się w bohaterów dramatu też odarto z imion – na plakacie reklamującym spektakl nie ma nazwisk aktorów. To odpersonalizowanie skłania do odczytania przedstawienia jako paraboli, choć bardziej dosłowne interpretacje są równie kuszące. Skupię się na trzech z nich.
Spektakl da się oglądać jako sensacyjną historyjkę o wynaturzeniach, taką, jakimi karmią się brukowce i serwisy plotkarskie. W tej warstwie widzimy mieszczanina i jego wady – wdzięczny obiekt obserwacji już od czasów Moliera. Z rozmowy z sąsiadem – kolegą z pracy, rozmowy, która właściwie jest monologiem gościa, poznajemy wartości i marzenia owych przedstawicieli klasy średniej. Zbudować dom, własny, niezależny, twierdzę obłożoną najlepiej dobranymi panelami. Mieć miejsce, gdzie obowiązują nasze zasady i prawa. I potomków, którym to nieskalane dziedzictwo przekażemy. Główny bohater – ojciec, tego już dokonał i poszedł krok dalej. A raczej, wedle naszej miary, o krok za daleko. Jak już pisałam, odizolował rodzinę od świata zewnętrznego. Opisał im świat po swojemu, dał substytut religii, system kar i nagród. Zamiast radia – magnetofon. Zamiast telewizji – kasety video. Zamiast Internetu – ojciec jako jedyne i niepodważalne źródło informacji. Niestety, świat zewnętrzny wdziera się i tak do tego azylu. Wprawdzie wizytę sąsiada możemy zinterpretować jako reminiscencję spotkania przed domem, ale obecność przyprowadzanej przez ojca kobiety, pojawiającej się pod etykietką Ochrony, jest fizyczna i niezaprzeczalna. Zaspokaja ona potrzeby syna, które – jak przynajmniej początkowo się wydaje – trudno zastąpić czymś, co jest dostępne w środku domu. Albo nie wolno. Jeśli chodzi o seks syna, nie ma mowy o substytucji czy sublimacji. Przynajmniej takie jest zdanie ojca, potomek nie wydaję się równie entuzjastyczny. Kobieta gra według własnych zasad, burząc delikatne equilibrium ekosystemu. Skażony ekosystem zaczyna się rozpadać. Widz cieszy się tym rozpadem, bo nie lubimy patologii. Mieszczanin oczywiście broni swojego świata, brutalnie i bezwzględnie. My jednak, jak czytelnicy tabloidów, czekamy na ukaranie odstępstwa od normy, choć sami w skrytości serca marzymy o własnej twierdzy…
Na wyższym poziomie spektakl ten to opowieść o takich sztucznie zamkniętych środowiskach. Pamiętam jak w podstawówce, podobnie jak tu starsza córka, z wypiekami na policzkach oglądałam kasety z filmami o Rocky’m , przywiezione ukradkiem zza żelaznej kurtyny (dla niej przemycone zza progu domu) i pokazujące jak wygląda ‘prawdziwe życie’. Dla niej film to obrazy rzeczywistości wywołujące bunt przeciw światu ojca, dla mnie i moich rówieśników języczek spustowy niezgody na siermiężną rzeczywistość. Być może Stallone zrobił więcej dla obalenia komuny niż wszyscy politycy świata. Wracając do „Kła”, sztuczne twory nie mają szans na przetrwanie. Coś zawsze rozerwie ich homogeniczność. Naturalne popędy, jak i zahamowania, doprowadziły nasz gatunek w to miejsce, w którym jesteśmy i wszelkie próby przedefiniowania go ciążą ku tragedii. Język jest owocem ewolucji, kultura jest też jej tworem, wraz z jej tabu, a odgórnie planowane inżynieryjne eksperymenty na nich muszą prowadzić do porażki.
Trzecia interpretacja nie jest już tak… optymistyczna. Świat inżynierii lingwistycznej dookoła nas jest faktem a historia opisana w dramacie oswaja nas z nim. Opresyjność języka jest tezą opisaną przez Foucault, ale dziś walka z opresyjnością stała się podstawą kolejnej opresji. Nadawanie nowych znaczeń starym pojęciom doprowadza do tego, że zamiast nawiasu ironii, sarkazmu, wieloznaczności pisze się nam nowy jedynie słuszny słownik. Nowe narracje definiują wszelkie sfery życia. Inżynierowie społeczni opowiadają nam świat, w którym wszyscy jesteśmy rzekomo pod ochroną. Nie da się jednak chronić każdego – ktoś zawsze musi zostać skrzywdzony kosztem innego. I ten ktoś przejrzy na oczy, dojrzeje, straci mleczaki, albo… coś innego – bo w końcu ‘jak zwał tak zwał’. I taki człowiek, pozbawiony złudzeń, widzący fałsz, zbuntuje się, wyjdzie… Ale to już inna historia…
Ta mnogość warstw (jak u ogra) jest wadą z perspektywy dostrzegającego to widza. Na poziomie pierwszym, mimo złowieszczości historii, moglibyśmy ją traktować jako sensacyjną rozrywkę. Z dreszczykiem opowiadać sobie w kuluarach: no patrz pan jaka patologia, potwory, no jak to, że ich nikt nie nakrył tyle lat. Wchodząc w pozostałe odczytania, widz wycisza śmiech. Parabola stawia nas przed zwierciadłem, może i krzywym, ale jednak dociera do nas, że oglądamy nasze życie. „Z samych siebie się śmiejecie.” Brrrr….
Do zalet z kolei zaliczyłabym oprawę muzyczną. Cytowane utwory, jak i muzyka ilustracyjna przynoszą ulgę cierpiącemu (patrz akapit pierwszy) ciału. Największa zaletą jest jednak dla mnie aktorstwo. Choć nowoczesny teatr ma ciążenie ku aktorskiej histerii, tu odtwórcy wszystkich ról są skupieni, grają ‘od środka’, przypominają mi hasło nadmarionety, ich ekspresja jest stale pod kontrolą. Są ZESPOŁEM, w którym każdemu należą się brawa. Nie chcę wyróżniać aktora, ale kusi mnie, żeby wyróżnić plamę światła na ścianie-ekranie. To olbrzymia twarz Mirosława Bielińskiego, tak inna od tej oswojonej, widywanej w farsach. Aż mnie zmroził wyraz tej wielkiej twarzy, nieprzejednany, pusty. Niemniej, brawo dla Was wszystkich!

Reasumując, „Kieł” to dobrze odrobiona praca domowa wzorowego ucznia. Jakkolwiek to brzmi, nie jest to zarzut. Melanż różnych ‘gorących’ zagadnień z poziomu obyczajowego, filozoficznego, lingwistycznego. Multimedialne widowisko. Momentami nużące, ale ogólnie do zobaczenia, szczególnie jak powstrzyma się umysł od rozpasanego myślenia. Czego reżyser musi się jeszcze nauczyć? Szacunku dla karków i oczu widzów – będzie ich potrzebował przy następnych produkcjach. Tu oczywiście znowu – patrz akapit pierwszy. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz