środa, 26 października 2016

Thru....

Thru

For you
I will cross the glass to bring back hope
For you
I’ll deny time flows but all I’ll cope
For you
I can’t change the past or what’s amid
For you
I will say I’m sorry for what I did

Gripping set of questions
Challenging the order
Attachment, possessions
Am I just a warder?

Mad is what they call me
As I’m never sure you’re here
But I know they don’t see
We lack a puppeteer

For you
I will cross the glass to bring back hope
For you
I’ll deny time flows but all I’ll cope
For you
I can’t change the past or what’s amid
For you
I will say I’m sorry for what I did

Cherishing the moment
Never seemed enough for me
I am no exponent
But still hope you’ll disagree

Beating pawns is easy
Feel I’m shrinking by your side
But the mirror’s queasy
Thru flaky world I will ride

For you….

Humpty Dumpty sat on a wall
Humpty Dumpty lowly and small
Only your favour in all kinds of weather
Can bring Humpty Dumpty together…




sobota, 15 października 2016

Harper - po premierze studenckiej

Dirty old river, must you keep rolling, flowing into the night?
People so busy, make me feel dizzy, taxi light shines so bright 
But I don't need no friends
As long as I gaze on Waterloo Sunset I am in paradise 
Every day I look at the world from my window
But chilly, chilly is the evening time
Waterloo sunset's fine (…)
The Kinks
Nie widziałam “Harper” w National Theatre w Londynie. Mniej więcej w czasie tamtej premiery ów budynek teatralny kojarzył mi się ze sztuczną murawą między rzeką a wejściem do niego i darmowymi leżakami. Zamiast wzruszeń po tamtej „Harper” zyskałam zatem opaleniznę… Oglądając sztukę teraz, studencką premierę w rozpłakany kielecki wieczór, cieszyłam się jej angielskością, która przywoływała wspomnienia mojej peregrynacji po brytyjskim lądzie.
Nie mogę powiedzieć: Haper Regan to ja, mimo zbieżności wieku. Różne biografie. Jednak… bez trudu identyfikowałam się z bohaterką, więc ta recenzja (jak wszystkie moje) jest bardzo subiektywna. Zastanawiałam się, czy Harper jest korpo-mieszczką. Z jednej strony, tak, praca we wszystkie weekendy, kredyt, dziecko, które trzeba wysłać na studia. Mąż w garniturku, biurowy uniformik i koczek. Ale spod ciotkowatej bluzeczki przez cały spektakl trudno było nie dojrzeć braku stanika, co całkowicie burzyło ten konsekwentny i realistycznie budowany wizerunek poukładanej pani w prawie średnim wieku. Wobec konsekwencji w dbałości o detale, hiperrealizmu w budowaniu wizerunku postaci, trudno mi to uznać za niedopatrzenie, zatem… to znak dla widza. I najprostsza interpretacja – kryzys wieku średniego, poukładana korpo-mieszczka buntuje się, dostaje „kota” jak bohaterki Almodovara, kolokwialnie mówiąc bierze w łeb. Bohaterka nigdy nie zaakceptowała swojej pozycji jako odpowiedzialny i spełniający się w wyścigu szczurów ‘breadwinner’, nie dorosła, nie stała się kobietą, czego w tradycyjnym podejściu symbolem był moment, kiedy podlotek zaczynał nosić biustonosz. Dziesięć lat temu nazwano nasze pokolenie generacją kidultów, trzydziestolatków, którzy świadomie i gremialnie powiedzieli dojrzewaniu: „kurwa, nie”. I jej wyruszenie w drogę pod pretekstem pożegnania umierającego ojca nie jest odrzuceniem dotychczasowego stylu życia a jedynie zrzuceniem maski.
Droga. Kusi, żeby zbudować kilka analogii z kinem drogi. „Thelma i Louise” – wspólny motyw – agresja wobec mężczyzn (baba bije chłopa). Filmy Petera Jacksona – wybór, czasem mniejszego zła, pytanie o obowiązek wobec innych. Dante i podróż w głąb piekła. Podoba mi się to ostatnie. Szpital, pijaństwo, hotel, dom matki, wreszcie dom rodzinny – to kolejne kręgi. Szczególnie ten ostatni, bez wyjścia, jak się okazuje, to wieczna kaźń bohaterki, czego pierwsze sceny nie zapowiadają zbyt wyraźnie. Poszukiwanie nowych doznań (nadużywanie alkoholu, ciężkie pobicie faceta, seks z przygodnym gościem) nie przynoszą ulgi, każde doświadczenie jest portalem do kolejnego kręgu, prowadzi do samopoznania i odkrycia prawdy o swojej rodzinie, dotąd skrzętnie zamiatanej pod dywan. Powrót do domu nie jest zatoczeniem koła, staroegipskim cyklem powrotu, dowodzi raczej heraklitowego powiedzenia, że nie wchodzimy do tej samej rzeki. Ale nie możemy też z niej wyjść. I w ostatniej scenie dla Harper ta rzeka to Styks…
Do wody bohaterka wchodzi raz dosłownie. W słynnej już skądinąd scenie z wanną. Ona i on, tatusiek z portalu erotycznego, zrzucają ubranie i uprawiają seks w wannie. Widzowie śledzą naocznie tę dość dosłowną scenę. Niektórzy się burzą, wielu pewnie nie przyzna się do przyjemności płynącej z voyeuryzmu. Mnie ona irytuje. Nie mam nic przeciw nagości, kiedy jest ona znakiem. Film czy fotografia to kiedyś celuloid, obecnie piksele, żywe ciało jest jedynie odległym pretekstem do ich powstania, z którym widz nie musi obcować. Oglądanie ich konwencjonalnie opiera się na zgodzie odbiorcy na to doświadczenie. Dzisiejszy teatr natomiast lubuje się w gwałceniu widza i stawianiu go naocznie wobec Ciała, biologicznego i niekonwencjonalnego. Czy jest ono jakimś znakiem? Jeśli tak, to tym gorzej, bo czy nie urąga on inteligencji widza? Bohaterka w swoim szaleństwie wolności zrzuca uniform i konwenanse, staje naga jak denat w prosektorium i bezbronna. Ale… czy widz nie zinterpretowałby takiego przekazu, więcej sobie wyobrażając niż oglądając? Fakt, gadka o dzieciach i współmałżonkach podczas spółkowania to mocna scena, ale jak już napisałam, wolę takie z użyciem innego tworzywa niż w teatrze.
Słowo samo z siebie też potrafi zmrozić widza. Jak te opowieści o pedofilii, zawsze w aluzjach, nigdy dosłownie nie odegrane przed oczami widzów. Te historie wprowadzają do naszej wyobraźni najmłodszą grupę bohaterek. Owe dziesięciolatki dopełniają obrazu dziewczynek w spektaklu. Najmłodsze w tym zbiorze, prawdopodobnie brutalnie zmuszone do osiągnięcia dojrzałości przedwcześnie, stanowią uzupełnienie dla postaci Sary, nastoletniej córki, która też z powodu rodzinnej afery musiała szybko dorosnąć. Jednak pozostaje ona nieodpowiedzialna, buntownicza i trzpiotowata, roszczeniowa wobec matki. Żadna z kobiet w przedstawieniu, choć reprezentują one różne pokolenia, nie może zostać nazwana dorosłą i dojrzałą. Nawet matka Harper odmawia zaakceptowania faktu starzenia się, wiążąc się z młokosem mającym bzika na punkcie sportu i męskiej witalności. Mamy zatem w sztuce dziewczynki, nastolatki, kobiety dojrzałe i starzejące się, wszystkie jakby niedopasowane. Nie jest to jednak feministyczny bunt przeciwko roli kobiety, szczególnie nie w przypadku bohaterki tytułowej, ponieważ jej tragizm polega na tym, że ona właśnie musiała przyjąć rolę tradycyjnie męską, głowy rodziny i jej żywiciela. Nie zrobiła jednak tego w imię zwalczania społecznych oczekiwań wobec płci, a jedynie z tak zwanego musu. Immanuel Kant, a nie Judith Butler. Nie chcę zdradzać szczegółów. Dodam jednak, że nawet bunt i przyznanie się do win nie dały jej ostatecznie wolności. Jej tragizm nie wypływa tylko z konieczności wypływającej z potrzeby utrzymania konwenansów, ale ma silne podłoże finansowe. I tu wielu widzów pewnie empatycznie westchnie – kto z nas nie jest niewolnikiem kredytów, kto nie godzi się co dzień na rzeczy, które należałoby odrzucić, tylko dlatego, że topór raty wisi nad nami. Banalne? Może, ale uświadomienie sobie na jak wiele godzą się ludzie aby utrzymać swoje mieszczańskie status quo  ma działanie oczyszczające.
Reasumując, tradycyjna psychodrama w brytyjskim stylu, z obowiązkowymi szkieletami w szafie, to coś, co lubię. Tekst, fabuła, perypetia. Doskonałe aktorstwo dopełnia przyjemności obcowania, każdy z aktorów – wielu z nich wciela się w kilka niepodobnych do siebie postaci – zasługuje na równie gromkie oklaski. Surowa scenografia, imitująca tunel metra, zachwyciła mnie – the Tube zawsze stanowiło dla mnie niepokojącą obietnicę. Na kieleckiej scenie staje się ono całym światem bohaterów… Muzyka, pulsujące światło i dźwięk, reminiscencje jednego z moich ulubionych filmów – „Trainspotting”.  Dzięki „Harper” odbyłam swoja podróż-ucieczkę w świat wspomnień, czyli sztuka umożliwiła mi gadamerowską fuzję horyzontów.  Czy umożliwiła mi poznanie jakiejś szczególnej tajemnicy na mój własny temat? Że Harper to jednak ja? Tak, to ja. A jednak nie… Niekoniecznie… Nie szkodzi…
PS:
Running on my sore feet again
Chasing  illusions and pain
With the river squirming to and fro
Tracing insights by Leonardo

Sometimes hammered, sometimes with a pure mind
Feeling stone walls as if I was blind
Can a city be ever-inviting
At the same time be alien and biting?
A.M



poniedziałek, 3 października 2016

Mieszczanin nazywa. Recenzja „Kła”.

Mieszczanin nazywa
Recenzja „Kła”
Twarde krzesło w lewym rogu pierwszego rzędu. Aktorzy wrzeszczący coś prosto (dosłownie) w twarz, lub rozmawiający za ścianą przepuszczającą zamiast dialogu jakieś mruczanki. Po lewej ciąg nisz imitujących pomieszczenia w domu, w zasadzie niewidocznych pod tym kątem. Czasem ktoś przebiegnie centymetry przed moimi palcami stóp. W oddali, zza głów widzów, na plastikowej ścianie błyskają obrazy z kamery. Po lewej plany światła na ścianie powinny układać się w te same obrazy, ale oko z tak bliska nie wysyła do mózgu czytelnych sygnałów. Mózg rusza gałkami w poszukiwaniu czegoś, co można poddać interpretacji, znaku. Znajduje jeden na ścianie na wprost. Zielony rysunek ludzika uciekającego przez drzwi. Ewakuacja. Kuszące…
Jednak nie, nie pozwólmy, żeby techniczne niedociągnięcia czy fizyczny dyskomfort odebrały nam możliwość – odbioru – sztuki, w której, nomen omen, ludziki (nie) uciekające przez drzwi są istotnym elementem fabularnym.
Nie widziałam filmu, na którym oparta jest szuka, chyba nie chcę – niech przedstawienie przemówi swoim i tylko swoim językiem. A język, swój, swoisty i jedyny, jest też ważnym budulcem fabularnym. Oglądamy rodzinę, którą nawet współczesny język przeczulony na wykluczenia i walczący ze stereotypizacją określi mianem patologicznej. I nie swojsko patologicznej, jak ta z hitowej opowiastki o chrzcinach Kabaretu Skeczów Męczących. Ojciec zamieszkujący wolno stojący dom urządza w nim swoją małą Utopię. Pragnąc uchronić rodzinę przed złym światem zewnętrznym, zatrzymuje dzieci i żonę w domu, permanentnie. Żona wydaje się być świadomym uczestnikiem budowania iluzji, jednak dzieci są poddane złożonej i złowieszczej manipulacji. Ta manipulacja odbywa się na kilku poziomach: klasyczne warunkowanie, czy, jak ktoś woli, tresura. Rodzina nie ma psów, ale dzieci podlegają treningowi, jak szczekające czworonogi – a nawet czasem szczekają... Drugi poziom to narracja „sprzedawana” potomkom, o wrogim świecie zewnętrznym i krwiożerczych potworach czających się tuż za drzwiami i czyhających na świeże ludzkie mięso, gotowych zdobyć je poprzez wyszukane podstępy. Narracja, która trwale wdrukowuje się w umysł i tkwi, aż do chwili buntu – przynajmniej u niektórych. I wreszcie, manipulacja poprzez język. Z punktu widzenia widza obserwujemy mechanizm ilustrujący derridowskią dyseminację sensów, doświadczamy, że znaczenie nie jest na stałe przypisane znakowi. Jednak w świecie przedstawionym słowa, które wdzierają się ze świata zewnętrznego a nie pasują do narracji są adaptowane, na stałe przypisuje się im nowe bezpieczne znaczenia, podpisuje pod oswojone desygnaty otaczające dzieci. Niektóre są dla widza dość przewidywalne, jak przypisanie nazwy padlina do mięsa, chwyt często wykorzystywany przez wegetarian i wegan. A desygnaty wdzierające się do zamkniętego świata dostają bezpieczne nazwy: na przykład samoloty pełzające po niebie zostają ślimakami. Interesujące na poziomie języka jest też to, że bohaterowie zostali pozbawieni imion, mają przypisane funkcje, które powinni realizować. Znaczące też jest – albo i nie – że osoby wcielające się w bohaterów dramatu też odarto z imion – na plakacie reklamującym spektakl nie ma nazwisk aktorów. To odpersonalizowanie skłania do odczytania przedstawienia jako paraboli, choć bardziej dosłowne interpretacje są równie kuszące. Skupię się na trzech z nich.
Spektakl da się oglądać jako sensacyjną historyjkę o wynaturzeniach, taką, jakimi karmią się brukowce i serwisy plotkarskie. W tej warstwie widzimy mieszczanina i jego wady – wdzięczny obiekt obserwacji już od czasów Moliera. Z rozmowy z sąsiadem – kolegą z pracy, rozmowy, która właściwie jest monologiem gościa, poznajemy wartości i marzenia owych przedstawicieli klasy średniej. Zbudować dom, własny, niezależny, twierdzę obłożoną najlepiej dobranymi panelami. Mieć miejsce, gdzie obowiązują nasze zasady i prawa. I potomków, którym to nieskalane dziedzictwo przekażemy. Główny bohater – ojciec, tego już dokonał i poszedł krok dalej. A raczej, wedle naszej miary, o krok za daleko. Jak już pisałam, odizolował rodzinę od świata zewnętrznego. Opisał im świat po swojemu, dał substytut religii, system kar i nagród. Zamiast radia – magnetofon. Zamiast telewizji – kasety video. Zamiast Internetu – ojciec jako jedyne i niepodważalne źródło informacji. Niestety, świat zewnętrzny wdziera się i tak do tego azylu. Wprawdzie wizytę sąsiada możemy zinterpretować jako reminiscencję spotkania przed domem, ale obecność przyprowadzanej przez ojca kobiety, pojawiającej się pod etykietką Ochrony, jest fizyczna i niezaprzeczalna. Zaspokaja ona potrzeby syna, które – jak przynajmniej początkowo się wydaje – trudno zastąpić czymś, co jest dostępne w środku domu. Albo nie wolno. Jeśli chodzi o seks syna, nie ma mowy o substytucji czy sublimacji. Przynajmniej takie jest zdanie ojca, potomek nie wydaję się równie entuzjastyczny. Kobieta gra według własnych zasad, burząc delikatne equilibrium ekosystemu. Skażony ekosystem zaczyna się rozpadać. Widz cieszy się tym rozpadem, bo nie lubimy patologii. Mieszczanin oczywiście broni swojego świata, brutalnie i bezwzględnie. My jednak, jak czytelnicy tabloidów, czekamy na ukaranie odstępstwa od normy, choć sami w skrytości serca marzymy o własnej twierdzy…
Na wyższym poziomie spektakl ten to opowieść o takich sztucznie zamkniętych środowiskach. Pamiętam jak w podstawówce, podobnie jak tu starsza córka, z wypiekami na policzkach oglądałam kasety z filmami o Rocky’m , przywiezione ukradkiem zza żelaznej kurtyny (dla niej przemycone zza progu domu) i pokazujące jak wygląda ‘prawdziwe życie’. Dla niej film to obrazy rzeczywistości wywołujące bunt przeciw światu ojca, dla mnie i moich rówieśników języczek spustowy niezgody na siermiężną rzeczywistość. Być może Stallone zrobił więcej dla obalenia komuny niż wszyscy politycy świata. Wracając do „Kła”, sztuczne twory nie mają szans na przetrwanie. Coś zawsze rozerwie ich homogeniczność. Naturalne popędy, jak i zahamowania, doprowadziły nasz gatunek w to miejsce, w którym jesteśmy i wszelkie próby przedefiniowania go ciążą ku tragedii. Język jest owocem ewolucji, kultura jest też jej tworem, wraz z jej tabu, a odgórnie planowane inżynieryjne eksperymenty na nich muszą prowadzić do porażki.
Trzecia interpretacja nie jest już tak… optymistyczna. Świat inżynierii lingwistycznej dookoła nas jest faktem a historia opisana w dramacie oswaja nas z nim. Opresyjność języka jest tezą opisaną przez Foucault, ale dziś walka z opresyjnością stała się podstawą kolejnej opresji. Nadawanie nowych znaczeń starym pojęciom doprowadza do tego, że zamiast nawiasu ironii, sarkazmu, wieloznaczności pisze się nam nowy jedynie słuszny słownik. Nowe narracje definiują wszelkie sfery życia. Inżynierowie społeczni opowiadają nam świat, w którym wszyscy jesteśmy rzekomo pod ochroną. Nie da się jednak chronić każdego – ktoś zawsze musi zostać skrzywdzony kosztem innego. I ten ktoś przejrzy na oczy, dojrzeje, straci mleczaki, albo… coś innego – bo w końcu ‘jak zwał tak zwał’. I taki człowiek, pozbawiony złudzeń, widzący fałsz, zbuntuje się, wyjdzie… Ale to już inna historia…
Ta mnogość warstw (jak u ogra) jest wadą z perspektywy dostrzegającego to widza. Na poziomie pierwszym, mimo złowieszczości historii, moglibyśmy ją traktować jako sensacyjną rozrywkę. Z dreszczykiem opowiadać sobie w kuluarach: no patrz pan jaka patologia, potwory, no jak to, że ich nikt nie nakrył tyle lat. Wchodząc w pozostałe odczytania, widz wycisza śmiech. Parabola stawia nas przed zwierciadłem, może i krzywym, ale jednak dociera do nas, że oglądamy nasze życie. „Z samych siebie się śmiejecie.” Brrrr….
Do zalet z kolei zaliczyłabym oprawę muzyczną. Cytowane utwory, jak i muzyka ilustracyjna przynoszą ulgę cierpiącemu (patrz akapit pierwszy) ciału. Największa zaletą jest jednak dla mnie aktorstwo. Choć nowoczesny teatr ma ciążenie ku aktorskiej histerii, tu odtwórcy wszystkich ról są skupieni, grają ‘od środka’, przypominają mi hasło nadmarionety, ich ekspresja jest stale pod kontrolą. Są ZESPOŁEM, w którym każdemu należą się brawa. Nie chcę wyróżniać aktora, ale kusi mnie, żeby wyróżnić plamę światła na ścianie-ekranie. To olbrzymia twarz Mirosława Bielińskiego, tak inna od tej oswojonej, widywanej w farsach. Aż mnie zmroził wyraz tej wielkiej twarzy, nieprzejednany, pusty. Niemniej, brawo dla Was wszystkich!

Reasumując, „Kieł” to dobrze odrobiona praca domowa wzorowego ucznia. Jakkolwiek to brzmi, nie jest to zarzut. Melanż różnych ‘gorących’ zagadnień z poziomu obyczajowego, filozoficznego, lingwistycznego. Multimedialne widowisko. Momentami nużące, ale ogólnie do zobaczenia, szczególnie jak powstrzyma się umysł od rozpasanego myślenia. Czego reżyser musi się jeszcze nauczyć? Szacunku dla karków i oczu widzów – będzie ich potrzebował przy następnych produkcjach. Tu oczywiście znowu – patrz akapit pierwszy.