A oni tańczą…

(#KochajmySię! teatru Tetatet, reż. Mirosław Bieliński)

Dwudziestego szóstego maja minie rok, odkąd na mapie kulturalnej Kielc pojawił się teatr Tetatet. Zaistnieli dzięki przedstawieniu „Umrzeć ze śmiechu”, które przyciągnęło tłumy widzów poszukujących niewymuszonej rozrywki na dobrym poziomie. Ale… W showbiznesie to numer dwa jest decydujący dla oceny przedsięwzięcia artystycznego: jeśli produkt (książka, album, spektakl) okaże się nieco gorszy od pierwszego – będzie to niewybaczalne, uznane jako „fuks” początkującego i nic więcej; jeśli nawet bardzo dobry, ale utrzymany w podobnym tonie, stylistyce – odbiorca powie, że „gonią w piętkę”. Dlatego właściwy dobór drugiego spektaklu jest tak istotny. Artyści Tetatet, mając zapewne na uwadze ten drugi zarzut sięgnęli po propozycje całkowicie odmienną od pierwszej – spektakl muzyczny, powstały w oparciu o wyselekcjonowane piosenki, głównie szlagiery przedwojenne i z Kabaretu Starszych Panów. Jest to jednak forma trudna z wielu powodów, zarówno dla wykonawców, jak i dla odbiorców.  Po pierwsze, co oczywiste, wymaga od aktorów zaprezentowania dobrze wytrenowanych umiejętności wokalnych, zdolności tanecznych, wyrównania emisji. Po drugie, wzór, do którego nieuchronnie się będziemy odwoływać, czyli Kabaret Starszych Panów, postawił poprzeczkę wysoko, jeśli chodzi o poziom przekazu, elegancję, subtelny choć sensualny humor. Wreszcie forma, niepozbawiona co prawda dramaturgii, jednak zasadniczo afabularna, wymaga od widza zaangażowania, ponieważ inaczej łatwo może się znudzić. Wobec powyższych pułapek tego gatunku scenicznego, po raz pierwszy kapelusze z głów – za odważny wybór.

Osobiście mam problem z tym gatunkiem jako recenzent, ponieważ forma wokalna, jaką uprawiam na co dzień, sztuka chóralna, rządzi się innymi prawami. W niej liczy się ujednolicenie wokali w ramach głosu i całego zespołu, bezbłędna intonacja, dopasowanie emisji do stylistyki śpiewaczej charakterystycznej dla danego utworu. Oraz cały wachlarz impresywno-ekspresywnych chwytów… Podczas gdy to drugie jest mistrzowsko wyeksponowane w muzycznych spektaklach, te pierwsze cechy niekoniecznie, nie zawsze. Nie mówię, że tego w ogóle brakuje w #KochajmySię!, o nie! Po prostu nie są one absolutnym wymogiem, priorytety takiego produktu artystycznego leżą gdzie indziej. Niemniej jednak, mam zwyczaj krzywić się po cichu zaszyta w fotel. Co jednak jest istotne – podczas tego spektaklu, pokręciwszy nosem raz czy dwa – dałam się całkowicie ponieść niezaprzeczalnemu czarowi tej propozycji i zapomniałam o swojej krytycznej powinności… To przedstawienie jest po prostu urocze. Nostalgia, elegancja, humor – o co tu jeszcze kruszyć kopie? Po raz drugi uchylam kapelusza!

A te teksty! Dawne piosenki zasługują na osobny kapelusz. Każda z nich jest kompletną historią z przesłaniem. Ze współczesnych przebojów nie dałoby się skompilować takiego spektaklu. Nie dość, że każda jest skończonym mikroświatem, wchodzą one ze sobą w dialog, przekomarzają się. Stanowią kompletne przedstawienie i dlatego przetykanie ich dykteryjkami nie jest koniecznością, a jedynie uatrakcyjnieniem spektaklu. Nie będę jednak snuła interpretacji całości, ponieważ zgodnie z założeniem, przedstawienie nie ma stałej formy, zarówno obsada, jak i dobór oraz układ piosenek mogą być modyfikowane. Wspólnym mianownikiem pozostaje miłość i relacje międzyludzkie. I humor.

Z owych piosenek trudno mi wybrać ulubioną, ponieważ większość z nich znam od podszewki, w niektórych nawet każdą nutkę. Zaprzyjaźniłam się z nimi m.in., gdy razem z prof. Ewą Robak rozśpiewywałyśmy Kielce w trakcie walentynkowych Pieśniobrań. W trakcie premiery czasami nie do końca zgadzałam się z przedstawioną interpretacją, jak np. w przypadku „Wariatka tańczy” w świetnym wykonaniu Magdy Szczepanek, które wzruszyło mnie mimo obiekcji. Ale prawdziwe łzy wycisnął ze mnie ujmujący duet Teresy i Mirosława Bielińskich. W ich ustach wers „wciąż bardziej cię kocham” brzmiał nie tylko autentycznie, ale pozbawiony był niepotrzebnego patosu czy sentymentalizmu.

Jak już wspomniałam, obsada każdego spektaklu może się nieznacznie różnić. Spośród obsady premierowej (Teresa Bielińska, Magdalena Daniel, Anna Iwasiuta-Dudek, Magda Szczepanek, Ewa Pająk, Mirosław Bieliński, Marcin Brykczyński, Wojciech Niemczyk), wokalnie relatywnie spójnej, dwa głosy wybijały się: wspominania już Magda Szczepanek, dyscypliną wokalną ciążąca ku nieobcej jej sztuce musicalowej oraz Magdalena Daniel, obdarzona naturalnie mocnym jazzowo-rockowym głosem. Było to odczuwalne w tercecie stworzonym razem z Anną Iwasiuta-Dudek, śpiewającą zmysłowym niskim i drapieżnym głosem. Przypuszczam jednak, że ten brak spójności nie przeszkadza widzowi nieobciążonemu bagażem chóralnych doświadczeń. Każdy z aktorów był istotnym elementem widowiska: Wojciech Niemczyk brawurowo ogrywający figurę cwaniaka, Marcin Brykczyński wcielający się w niezdarnego sentymentalnego amanta, urocza i intrygująco nieśpiewająca Ewa Pająk – właścicielka kawiarenki, w której dochodziło do wymiany muzycznych wyznań. Uznanie dla wszystkich. A dodatkowe brawa dla akompaniującego Wojciecha Lisowicza, nie tylko dyskretnie a istotnie wspierającego wokalistów, ale również grającego przekomiczną rolę niedocenianego instrumentalisty, który marzy o swoich pięciu minutach. Chapeau bas dla wszystkich twórców!

W czasach modnego miotania się po scenie, snucia od kulisy do kulisy w poszukiwaniu zatraconego sensu – aktorzy Tetatet zdyscyplinowanie tańcząc, przybliża nam słowa ponadczasowych piosenek, które przypominają nam, co jest tak naprawdę ważne w życiu. Opowiadają o potrzebie bliskości, o obowiązku lojalności, o miłości po prostu. I za to ja Wam kochani dziękuję (kolejny, ostatni już kapelusz z głowy 😊 ).



Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Sięgając po widnokrąg

Dwadzieścia lat minęło

Brodzić po wodzie - recenzja