poniedziałek, 25 września 2017

 Pozamiatali – po premierze „Rasputina”


Ponad dwie godziny słowa płynącego nieustannie ze sceny, aż do przekroczenia masy krytycznej, w którym to momencie mózg skupia się bardziej na fakturze kurtyny niż na rozpaczliwym doszukiwaniu się spójnego przekazu. Pointa osiągnięta tylko w stopach tańczących na rurze aktorek. W większości znakomita praca aktorska, trafiona scenografia i kilka scen grających na najwrażliwszej strunie umysłu, rozpuszczone w prowadzącym donikąd plenieniu mikrosensów w dramacie. 

I pytanie, to samo, co w przypadku innej produkcji duetu Janiczak-Rubin, „Carycy Katarzyny”: czy, biorąc na warsztat historię tak fascynujących postaci jak rosyjska monarchini czy szalony mnich-wizjoner, który wodził za nos rosyjską arystokrację w przeddzień rewolucji i był bardzo ciężki do zabicia, konieczne jest dekonstruowanie ich biografii, skoro zwykłe opowiedzenie ich historii pozwala na liczne przemyślenia i analogie? Tak – jeśli ma się do przekazania jakąś nadrzędną prawdę o uniwersalnych wartościach, spójny, że pozwolę sobie powtórzyć to słowo, przekaz filozoficzny czy geopolityczny. Nie, jeśli – jakby korzystając z socrealistycznych wzorców – tworzymy sztukę z tezą, tu nie do końca wyklarowaną, ale oscylującą wokół hasła: zabawmy się z kołtuńskim widzem.

A widz nie lubi, żeby bawiono się jego kosztem, nie każdy. Dopóki teza dopuszcza interakcję, jak w jednej z zabaw z ludźmi z publiczności, wzajemne wypuszczanie się na manowce, możliwość nauczenia się czegoś o sobie nawzajem, to jeszcze w porządku. Gorzej, jak widz ma zagrać według wyznaczonego mu scenariusza i dowieść z góry założonych na swój temat hipotez. I widzowie – jak i też przechodnie w sobotni wieczór – nie chcieli się „bawić”. Spowodowało to pewne wyczuwalne napięcie na scenie.
Ciekawym zabiegiem, który mógłby stanowić wartość naddaną spektaklu, były transmisje na żywo z ulicy przed teatrem, balkonu i drugiej sali teatralnej, wyświetlane na tle sceny. Inną naddaną wartością jest wyjście teatru na ulice i próby angażowania przypadkowych przechodniów w spektakl. Naddaną, ale nie główną. Poszukajmy zatem innych wartości.

Historia ostatniego cara Rosji jest przejmująco smutna. Oglądanie pozujących do zdjęć księżniczek, pamiętając, jaki los spotka cała rodzinę, mimo abdykacji władcy, chwyta za serce. Bodaj najlepsza scena to ta, w której córki cara (Dagna Dywicka i Anna Antoniewicz) dokonują własnej ekshumacji. (Poćwiartowane zwłoki Romanowów, rozrzucone w anonimowych dołach, odkopano i złożono w grobach przed wyniesieniem członków rodziny na ołtarze.) Przeszłość miesza się z teraźniejszością, osoby z postaciami a włosy Anastazji – Dagny z blond kosmykiem wyciągniętym wilgotnej ziemi. Nostalgia i tęsknota za bezpowrotnie minionym... Rodzina carska jest... zwyczajna, nieszczególnie demoniczna czy irytująca, niespecjalnie wołająca o współczucie. Tacy Państwo Bundy z Petersburga...W spokoju czekający na zagładę, tak, jakby dezaktywacja ich istnienia była tym, co ich od początku konstytuowało. Ta zgoda większości na rozkład, a nawet jego pożądanie (syn – Dawid Żłobiński), daje się zapamiętać ze sztuki. Na tym tle bunt jednej z córek, Olgi (Magda Grąziowska), jej flirt, czy nawet „bzykanie się” z socjalizmem, jakoś nieszczególnie przekonuje. Religijność rodziny jest wyeksponowana w postaci krzyży i szkaplerzyków (noszą je Beata Pszeniczna i Joanna Kasperek), jest obrzędowa i stanowi element mijającej kultury. Na szczęście nie jest w spektaklu demonizowana, co jest tak modne w publicznym dyskursie dziś.
W środek tej rodziny zostaję wkomponowany tytułowy Rasputin (Maciej Pesta), I tu pierwsze z moich pytań z serii „po co/dlaczego”. Uwielbiam wieloznaczności, siatki sensów, ale gdy zbyt często nie znajduję odpowiedzi na pytanie „dlaczego”, zaczynam wietrzyć siatki bezsensów. No to szukam. Dlaczego on jest tytułowym bohaterem? Nie jest postacią zajmującą najwięcej „czasu antenowego”. W „scenariuszu” tej opowieści niej jest wcale klarownym motorem czy katalizatorem wydarzeń, którego eliminacja, zresztą bardzo wcześnie zapowiedziana ze sceny, mogłaby zatrzymać niekorzystne zmiany. To kobiety podejmują działania, zmieniają historię, zarówno poprzez swoje decyzje, jak i przekazywaną od pokoleń chorobę. Hemofilia w rodzinie carskiej pochodzi od, wspomnianej zresztą ze sceny, prababki księcia – królowej Wiktorii, wielkiej władczyni, od której nazwano epokę, która dzięki swojemu licznemu potomstwu rozsiała po Europie wizję restauracji potężnych monarchów – i słabość w postaci nieuleczalnej choroby. Co ciekawe, zasadniczo tylko męscy potomkowie na nią cierpią. Czyli to żeński pierwiastek jest reżyserem upadku. Rasputin stanowi jedynie barwny, dający pretekst do prowokowania arystokracji w historii a widza w spektaklu, kontrapunkt do prawdziwej opozycji. Będący pozornie przeciwieństwem ludzi z wysokich sfer, Rasputin miękko wchodzi w zastany układ i poza poruszeniem obyczajowym, nie pragnie żadnego prawdziwego przewrotu. Głosi puste hasła, zajadając się carską pieczenią. Prawdziwa opozycja, na której opiera się dramat to Romanowowie a tłum, ulica, motłoch, w owczym pędzie łapiący się na lep socjalizmu. Ulica Petersburga, zrównana z którą kielecka Sienkiewka miała stanowić parabolę groźnego żywiołu niszczącego wszystko na swej drodze. W Kielcach jednak spokój... Można by mnożyć wynikające z tej opozycji tropy, jak reifikacja „prostego” człowieka (stoły i łóżka w spektaklu nie mają nóg, są cały czas podtrzymywane przez ludzi – pracowników teatru). Tylko to dalej nigdzie nie prowadzi. Wracając zaś, do pytania, czyżby Rasputin był po prostu dobrą marką, skandalistą z ubiegłego wieku, który ma zwyczajnie przyciągnąć tych, którzy normalnie teatr omijają?

Lenin wydaje się być lepszym kandydatem na protagonistę. W końcu to jego „poddani” dokonali rzezi. Księżniczka Olga, rozczarowana inercją Rasputina, sprowadza do pałacu Włodzimierza Ilicza (Paweł Paczesny). Ale on jakiś... sztywny i z perspektywy wieku nie bardzo operatywny. I kolejne pytanie. Czemu tylko on zaciąga ze wschodnim akcentem? Może i w pałacu francuski był podstawą porozumiewania się, ale czyżby car na przykład nie mówił po rosyjsku? Tez zabieg sprawia, że Lenin brzmi jak bohater z taniego kabaretu. Może to i zamierzone. Ma być śmieszny i mało groźny.... A za komuny to w ogóle fajnie było, prawda?

Jest więcej takich zabiegów, moim zdaniem, niepotrzebnych, efekciarskich, które osłabiają wymowę tego potencjalnie dobrego tematu. O nagości to już szkoda gadać. Aktorzy w „pornolach” mają chyba więcej szans na zachowanie intymności niż teatralni. Rytuały rozbierania, przebierania na scenie są ograne do znudzenia i nie wnoszą już dla wielu widzów nic. Może i to był symbol czegoś tam, kiedyś... Może za kilka lat twórcy zrozumieją, że do ukazania głębi duszy nie trzeba prezentować penisa. Nie sądzę, żeby rozwijało to aktora ani widza. Na wyrost również i z tezą było powieszenie na aktorze tabliczki: „aktor” pedał. Cudzysłów ma chyba sugerować, że aktorem się bywa a homoseksualistą jest? Ejże, skąd u nowoczesnych twórców takie ograniczenia? Przecież: „żeby życie miało smaczek, raz dziewczynka, raz chłopaczek.” A na poważnie, czy to miało sprowokować jakiegoś „kołtuna” do działania? Do teatru przychodzą raczej ludzie świadomi zachodzących zmian obyczajowych. Spóźniona ta prowokacja... albo miejsce nie to...

I wreszcie, zupełnie niepotrzebne, szczególnie, że i tak spektakl osobny o tym się szykuje, rozwijanie analogii między pogromem carskiej rodziny a pogromem Żydów w Kielcach. Zgoda, oba rozpętane przez podobne siły polityczne (choć o tym dramat nie mówi), ale po co? To już takie na siłę naciągane, budowanie pseudogłębi, a tak naprawdę to pogłębiane chaosu w przekazie. Niepotrzebny szum informacyjny na poziomie fejsbuka. Więcej nie zawsze znaczy lepiej, przykro mi.

W ostatniej scenie uczestnicy dramatu – oczywiście z przewidywalnym udziałem widza – sprzątają ziemię, kości i przegniłe przedmioty rozrzucone po scenie do plastikowych worków. Dopiero czysta podłoga wyznacza koniec przedstawienia. To się chwali. Martwiłam się w trakcie sztuki ogromem sprzątania, jaki twórcy zostawią „prostym” ludziom. Na scenie symbolicznie, bez zabijania i przymusu, nastąpiło zrównanie „klas”. Zamykamy historię w plastikowym worku i idziemy leczyć ból głowy... szkoda, że nie duszy.

Reasumując, gdyby te naprawdę dobre kreacje aktorskie (oprócz wymienionych wyżej: Wojciech Niemczyk, Bartłomiej Cabaj, Ewelina Gronowska - kolejność za porządkiem obsady) ukazać w kilku wybranych scenach, uporządkowanych tak, żeby widz musiał wyjść z sali po tych naprawdę wstrząsających, jak opisane wyżej ekshumacje, gdyby śmierć tytułowego bohatera oraz Romanowów stanowiły jakieś dramaturgiczne i fabularne oparcie, prowadziły do czegoś – byłaby szansa na naprawdę dobry spektakl. Jolanta Janiczak powinna jednak poeksperymentować z inną metodą tworzenia dramatu, powściągnąć swoją skłonność do wykorzystywania wszystkiego, co jej i aktorom do głów przyjdzie i budowania nieskrępowanych niczym postulatów artystycznych, a w zamian popracować nad kompozycją, zdyscyplinowanym tekstem, w którym diachroniczne korespondencje będą nie tylko istnieć, ale coś oznaczać. Ostatni plebiscyt Dzikiej Róży chyba pokazał, że widzowie i krytycy lubią dobrze skonstruowane dramaty.

PS
W pierwszej scenie spektaklu Wojciech Niemczyk – Car przeprowadza w imieniu twórców mały plebiscyt wśród publiczności, chcąc poznać naszą opinie co do tego, jakiej sztuki oczekujemy. Symboliczne pójście na skróty. Tak niestety, to nie działa. Przekleństwem artysty jest to, że to on sam musi odgadnąć preferencje publiczności i albo im schlebić, albo prowokacyjnie podważyć ich zasadność. I tej sztuki niektórzy twórcy sztuki uczą się całe życie.




niedziela, 9 kwietnia 2017

Zabić celebrytę - recenzja

Celebryta nie do zdarcia


Najwyraźniej widz teatralny nie różni się bardzo od tego telewizyjnego, odsądzanego dziś od czci i wiary, napiętnowanego etykietką odmóżdżonego, bo zeszłej nocy w Teatrze im. S. Żeromskiego w Kielcach śmialiśmy się (mam na myśli znacząca większość zgromadzonej  publiki) do rozpuku i opuściliśmy salę teatralną zasadniczo usatysfakcjonowani. A przecież to komedyjka była, no może – satyra, ale nic, co wywołałoby ‘post-wszystko’ czkawkę intelektualną, tak dziś pożądaną przez tak zwanych ‘tfurcuf’.
Chodzi mi po głowie pytanie – jaką grę prowadzą z nami autor sztuki i reżyser. Czy, oferując nam spektakl właściwie klasyczny (interakcje z widzem trudno dziś zaliczyć do awangardy), prościutką historię z wciągającą intrygą, bez retardacji, retrospekcji, wiwisekcji, za to z wyraźną perypetią i kulminacją, przeprowadzają na nas jakiś test? No, bo nie z szacunku do widza to robią… Dziś się widza nie szanuje, trzeba go zmiętosić, sprowokować, zakwestionować jego mieszczańską moralność, pomóc mu wznieść się na wyżyny sztuki, nawet, jeśli protestuje. No więc – o co chodzi?
Gra prowadzona z nami wydaje się przeprowadzona subtelnie na kilku levelach, jak się pewnie w korpo-tv mawia. Ale. Kilka słów o fabule, skoro wyjątkowo (jak na dzisiejsze sceny) fabuła JEST! Tekst sprzed lat kilku, kiedyś może proroczy, dziś jak krzywe zwierciadło pokazujący rzeczywistość telewizyjną. Choć ta hiperbola kiedyś chyba mocniej wybrzmiewała. Dziś, mając świadomość (bo przecież nie oglądamy tego gówna, oh, no!) istnienia programów takich jak Warsaw S/Whore (niewinnośc Big Brothera jest dziś już tylko ideałem), nie otwieramy ust taaak szeroko w pierwszej scenie sztuki, kiedy współprowadząca program piękna dziewczyna obiecuje, że za tydzień zdejmie ubranie i pokaże „myszkę”. Oglądalność jest bogiem. Fakt. Trzeba schować wstyd do kieszeni, jak się chce w niej mieć fortunę. Ale to banały. Zaskakujące, od jak wielkiego banału wychodzą twórcy spektaklu. Przecież krytyka upadku kultury wysokiej w produkcjach telewizyjnych należy od lat do dobrego tonu w środowiskach intelektualizujących a fakt nieposiadania telewizora jest wręcz warunkiem koniecznym zaliczenia do inteligencji (nie powiem, czy mam). A jednak na tej niby zgranej bazie powstaje coś interesującego. To zasługa dobrze wymyślonej, precyzyjnej intrygi, która utrzymuje widza w niepewności co do interpretacji pokazanych zdarzeń. Bowiem, główny bohater, ktoś w rodzaju naszego Kuby W., nagle budzi się w psychiatryku. Nie to jest jednak najgorsze. Budzi się jako osoba NIKOMU NIE ZNANA. Dramat celebryty. Ponoć budzą się oni w środku nocy zlani potem po tym, jak przyśniło im się, że stają na evencie przy ściance i nikt im fot nie robi, są zwykłymi ludźmi… Masakra. Świadomość bycia 'nikim'. Porażające jest, jak mnóstwo ludzi definiuje siebie poprzez ilość interakcji, np. w sieci. Czytanie Prousta jest passé. Nasz celebryta jednak nie poddaje się, uparcie próbuje odzyskać sławę, przy pomocy niekoniecznie milusich kroków. Widz ma okazję nieco przećwiczyć swój intelekt, bo przynajmniej trzy interpretacje aż do perypetii są dopuszczalne. Jest to jakiś dżołk, kawał zrobiony najprawdopodobniej przez konkurencję. Albo, jest on wariatem, który wymyślił sobie celebrycką biografię. Albo, to jakiś koszmarny sen… Widz mógłby najprędzej uznać ostatni trop, bo wszystko w akcji jest wzięte niejako w nawias ironii. Nie wiemy, czy na przykład odbywające się na naszych oczach zmiany scenografii, w których uczestniczą też aktorzy – bohaterowie, to przerwa techniczna, czy też nadal fabuła. Wszystko odbywa się pod znakiem hiperboli, przesadzone reakcje bohaterów, czasem sztuczne motywacje… Tak, to pewnie koszmarny sen – a życie snem przecież… Mimo oczywistości opowiadanej historii, widz pozostaje podejrzliwy – to zasługa dobrego scenariusza, pardon, jesteśmy w teatrze, nie w telewizji – sztuki. Czy to jedna z tych trzech wykładni wygrywa, czy może coś całkiem innego – nie powiem. Proszę wpaść do teatru i zobaczyć. Obiecuję, nie będzie głowy bolało, ale też nie zanudzi na pewno.
Ciekawa jest scena ostatnia, dwugłos, w którym w stylu „I had a dream” Martina Luthera Kinga główny bohater snuje swoją opowieść o wizji idealnej telewizji a jest to przetykane głosem szefa-szefów TV, który prezentuje swoje poglądy na temat widza i dostosowanej do niego oferty. Na początku bardzo mi się ta scena nie podobała. Takie łopatologiczne wyłożenie platońskiej opozycji ideał a rzeczywistość…. Urągające mojej inteligencji… Ale potem przypomniałam sobie o grze-eksperymencie. Zaraz, zaraz. Czy panowie sugerują, że dostosowali produkt – sztukę do oczekiwań statystycznego odbiorcy? Że zaprojektowaliście sobie prostego (prostackiego) odbiorcę, który tylko czeka na ‘fajną historyjkę’ i „cycki” (cycków nie było, nie tyle, ile można się spodziewać ;) )? Czyli, że po spektaklu nie należało chwalić przedstawienia a wyjść z fochem intelektualnym? Że widza obrażono? Brakło wielowymiarowego konstruktu prowokującego dyskurs intertekstualny i interkulturowy, albo jakoś tak? … Sorry, zawiodłam Was… Pochwaliłam… Fajna sztuka, panowie… Sorry… Mogę być zaliczona do bezmózgich widzów, jakoś to przeżyję... A może właśnie zdałam test - nauczyłam się określać siebie przez pryzmat mnie samej, nie poprzez opinie innych (?).

Co mi się jeszcze podobało:
1. Aktorstwo, to nie zaskakuje. Jestem fanką naszego zespołu. Kapelusz z głowy dla pań, a dwa nawet dla reżysera, który zmuszony był przejąć główną rolę po kontuzji aktora. Bardzo przekonująca kreacja. Trzy kapelusze dla Dawida, który wskoczył w rolę kilka dni przed premierą. Swoja drogą, jeden aktor kontuzjowany, to pech, dwóch to już fatum. Szacun, że nie poddaliście się, mimo tego.
2. Muzyka. Zjawiskowa. Oniryczna, jak w ‘Twin Peaks’. I Dagna na granicy fajnego wokalu i pastiszu – bo przecież jej bohaterka to piosenkarka o dość ograniczonym talencie, jak samo o sobie mówiła. Bardzo mi się podobało.

3. Biel scenografii i kostiumów. I pluszowe narzuty na łóżku w scenografii. Fajna fotkę sobie na nich strzeliłam po premierze.



4. Proust. Przeczytam kiedyś, jak każdy aspirujący do tytułu intelektualisty ;)
Reasumując. Niby tradycyjna sztuka – co dla mnie jest plusem, a jednak całkiem ponowoczesne myśli prowokuje,  – co powinno być plusem dla środowiska twórców i tfurcuf. I dla mnie też :) 


O spektaklu: teatrzeromskiego.pl/spektakle/zabic-celebryte






poniedziałek, 20 marca 2017

Zaucha Welcome to the PRL

Drogi Panie Andrzeju!
Pisze do Pana w związku z pewna sztuką, której stał się Pan bohaterem[i]. Miałam napisać recenzje, ale mój małżonek mnie uprzedził, dlatego po prostu piszę do Pana. Bo Pan musiał być mądry i otwarty na problemy innych. Albo i nie… Czy cokolwiek zaprezentowane na Pana temat w Teatrze im. S. Żeromskiego w Kielcach było prawdą? Czy Pan na scenie, to Pan, choćby w kilku procentach? Czy jest tu Prawda? Nie licząc ilości dziur po kulach… Czy twórcy dramatu i reżyser bawili się w studiowanie Pana życiorysu i szukanie ostatecznej Prawdy o Panu, Artyście, Człowieku? O artyście i człowieku w ogóle? Bo taka dociekliwość jest niemodna…  Ja muszę wyznać, nie lubię tego takiego asekuranctwa – wszyscy mi tłumaczą, czym nie jest ich przedstawienie, ale mało kto mówi, czym jest… Myśli Pan, że to z szacunku dla widza? Żeby nie narzucać interpretacji? Czy z lenistwa jednak? Sztuka o Panu, miała nie być hagiografią, miała nie być musicalem. Chyba była parodią, ale, niech Pan mi powie, nie drażniło Pana takie wykorzystanie osoby bądź co bądź zmarłej do czystego Spaßu? Czy też Pan miał wrażenie, że to żadne łamanie konwenansów, przekraczanie artystycznych Rubikonów, tylko przykład złych manier? Czy, gdyby Pan mógł się odezwać, nie prosiły Pan, żeby jego osobę jednak wykorzystać, do czegoś, co jednak otrze się o katharsis? A może jestem przewrażliwiona… Z pewnością też, nie miała być ta sztuka rekonstrukcją ostatniej dekady ubiegłego wieku. Czy Pana również razi, taki brak konsekwencji – niby spekulujemy, co by było gdyby PRL przepoczwarzył się w nowy socjalizm, ale w tych siermiężnych realiach (powiem Panu, doskonale oddanych momentami, szczególnie w projekcjach na ekranie, pełnych petów i kawy plujki) bezkarnie przemycamy motywy charakterystyczne dla naszej konsumpcyjnej i bądź co bądź oficjalnie kapitalistycznej kultury? Choćby samo zagadnienie sensacji, jako najpotężniejszego motoru napędzającego pieniądz do kasy show-businessu. Czy parodię współczesnych reality show z agresywnym współzawodnictwem i ocieraniem się (nomen omen) o ekshibicjonizm. No, nie wolałby Pan, żeby było jasne, to jest to a to, jesteśmy w tym a tym roku? Szkoda, że Pana tu nie ma, jakby Pan z estrady powiedział im, że mają się zdecydować, co chcą pokazać w teatrach, nikt by Pana nie wybuczał, nie nazwał niedouczonym…
Pan miał dobrze, żył Pan w prostych czasach, gdy teksty piosenek pisali tekściarze, muzykę tworzyli kompozytorzy, dramaturg produkował dramat… My dziś nie mamy tak dobrze, musimy być czujni, odnajdywać kody i odsłaniać ich wielopoziomowe sensy. Nikt nie śmie rzec: bez sensu to, bo odsłoni w ten sposób podbrzusze, wyda je na rzeź współczesnych niby-intelektualistów. Ale jak tu sensów szukać, gdy nić się rwie, jak tekst piosenki disco-polo? Każdą ścieżka interpretacji rozbija się o mur negacji – nie tym to miało być… Z żalem zatem Panu donoszę – chyba trochę sobie z Pana jaja w tym teatrze robili. Jak Pan sądzi? Szkoda mi Pana, bo jak byłam mała, to lubiłam Pana piosenki – a do dziś, musi Pan wiedzieć, jest Pan niekwestionowanym Mistrzem nawet wśród wyluzowanych karaokowych wokalistów – oj, niełatwo Panu dorównać…
No właśnie? Piosenki. Słuchał Pan tam z góry tej premiery z Kielc? Można na wiele sposobów oddać hołd twórczości Artysty. Cytaty, krypto-cytaty, własne utwory z wyraźną inspiracją, biografie poważne i niepoważne. Można, jak w „Mamma Mia”, pokazać uniwersalny charakter twórczości, wykorzystując piosenki do zilustrowania kolei życia kogoś zupełnie nie związanego z Artystą. Gdyby Pana zapytano, co by Pan wybrał? Założę się, że w jednym byśmy się zgodzili. Ma być dobrze zaśpiewane. Właśnie… Sama śpiewam, stąd wiele osób ode mnie oczekuje, że coś o śpiewaniu im powiem. A co ja mam im powiedzieć, proszę Pana? Powiem Panu. Niech Pan sam z ręką na miejscu, gdzie kiedyś biło Pańskie serce, powie – zawsze było nienagannie? Nigdy intonacja nie zaszwankowała? W tym prawdziwym życiu, nie w tym teatralnym, superbohatera. Nie da rady zawsze doskonale. To i tu się zdarzały gorsze chwile, choć tak się skrzywić, jak ja to lubię słuchając koncertów, dwa razy mi się zdarzyło. Tylko. To nieźle, jak na długi śpiewany spektakl, prawda? I znowu niech mi Pan powie, Panie Andrzeju, jak oceniać to śpiewanie. Skoro napisano, że jest to anty-musical, to może śpiewy mają być anty? Standardy, który podlega rasowy musicalowy aktor-wokalista, są wysokie. Wykorzystanie Pana piosenek, też zobowiązuje. Ale jak anty, to może anty-czysto, anty-barwą, anty-rytmicznie? Zaśpiewali nieczysto, ale za to brzydkim dźwiękiem, jak głosi suchar muzyczny. Znał go Pan, te trzydzieści lat temu? Odbiegłam od tematu. Nazwijmy to, co było w Żeromskim, śpiewem scenicznym, bo nie chce nazwać tego piosenką aktorską, będącą dla mnie autonomiczną etiudą wykonawczą. Granie przez śpiewanie niech będzie. Muszę Panu wyznać, że momenty z ciarami były, w solówkach, duetach. Bo zbiorówki były dla mnie zbyt spontaniczne, mam nadzieję, że Pan mnie zrozumie, mało spójne. Ale indywidualnie spodobałoby się Panu kilka wykonań, jak sądzę. Niektórzy porwali swoją barwą, mocą, klarownością. Inni, balansując na granicy przeszarżowania i przesteru, nonszalancko operowali schrypniętym, niskim głosem. Niektórzy z gracją włączali śpiew do scenek rodzajowych, bawiąc się konwencją i mikrofonem. Alibaba był mroczny, fajny... Ujęły mnie damskie i męskie wykonania bardzo intymne, łagodne, nie tylko Pańskich piosenek zresztą, tym bardziej, że zrealizowane w pozycji siedzącej w kucki czy nawet leżącej! Ale co ja będę Panu opowiadać… Pan wie, że najlepiej na stojąco… Panie Andrzeju kochany, nie mogli oni tylko tych piosenek zostawić? Teks mówiony był jak zbędny balast, zawieszał się na aparatach mowy, zastygał w zająknięciach. A musiał być w ogóle? A, pewnie mi Pan powie, że skoro teatr, to nie mogli tak tylko śpiewać i śpiewać… może racja.
Tylko pointy mi brakło, takiej, która nadałaby temu cyrkowi z Panem w roli głównej jakiś wymiar wyższy… Klamra nam przedstawiona, wie Pan, jakaś cera z niej prześwitywała. Filozofia i politologia, znów to napiszę, trochę jak z Facebooka, ale nie będę Panu teraz tłumaczyć, co to. Może Pan się przyśni reżyserowi i coś mu podszepnie? Bo ja tak chciałabym, żeby było fajnie w naszym teatrze, serio, bez ironii, uwielbiam miejsce i ludzi. Serio.
Będę kończyć, ale skoro już o wizytach sennych mowa. Jakby Pan już był w tych naszych Kielcach, proszę zahaczyć też o Dyrektora. Nie śmiałam go zapytać, ale Panu będzie musiał odpowiedzieć. Przekaże mi Pan ją później. Czy Teatr ma jakąś umowę na rabat z producentem odzieży roboczej? Bo to już druga z rzędu premiera w kombinezonach, wie Pan? Tak jakoś niezręcznie, że poprzednia premiera też opierała się na repertuarze jednego wykonawcy a aktorzy w niej występujący poruszali się mechanicznie w swoich wtedy czerwonych (teraz białych) uniformach. Wie Pan, jak to wyglądało? Że ci, co o Panu sztukę robili zgapili od tamtych, pomysł, choreografię, strój. No ja bym się na Pana miejscu, Panie Andrzeju, zmartwiła.
Tyle. Pozdrawiam serdecznie. Nadal o Panu pamiętamy, choć inaczej, niż to pokazali w teatrze. Niech Pan w Zaświatach pozostaje w pokoju wiekuistym.
Szczerze oddana
Agnieszka Majcher
PS. W ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy sporo fajnych muzyków zasiliło tę orkiestrę na górze, mam nadzieję, że jakoś się dogadujecie. Proszę ich wszystkich pozdrowić, a Davida ucałować.
AM





[i] Zaucha. Welcome to the PRL.
Najnowsza propozycja Teatru im. S. Żeromskiego w Kielcach. Popularne dziś „co by było, gdyby”. Twórcy, snując wizję tego, co by było, gdyby Andrzej Zaucha nie zginął od postrzałów pod teatrem, ale przeżył, zabierają widzów w podróż po groteskowym świecie, który najwygodniej byłoby zakwalifikować do sennego koszmaru. Padające ze sceny w miarę rozwoju akcji nazwiska i daty z ostatniej dekady ubiegłego wieku, choć w zmienionych okolicznościach, nie pozwalają na zinterpretowanie całości w sposób spójny jako ostatnich obrazów produkowanych przez umierający mózg artysty, ale sugerują modne dziś political fiction, snucie obrazów rzeczywistości równoległej. To, co jest jednak siłą podobnych produkcji telewizyjnych – weryzm przedstawianego świata, tej propozycji nie charakteryzuje. Przez styl reportażowy nie przypomina mi też "Zaucha" fabuł Quentina Tarantino. Realizm magiczny, zazwyczaj bardzo atrakcyjny sam z siebie, w połączeniu z geopolitycznymi aluzjami daje dość ciężkostrawny koktajl, sądząc po minach wielu widzów opuszczających teatr po imprezie.

poniedziałek, 16 stycznia 2017

KROPKA KRESKA RECKA


Kropka kreska recka
„Fajny koncert dziś w teatrze
Brakło kreski i parkietu do rave'u”
Tak napisałam sobie wczoraj na Fecebooku po powrocie z teatru. A dziś rano nasunęły mi się dwie refleksje. Po pierwsze, raczej jam session wykolejający się na torach projekcji video a nie koncert. Po drugie, jak mawiał mój kolega, fajna to może być zupa pomidorowa, o sztuce powinno się dać powiedzieć więcej.
Nowa propozycja Teatru im. S. Żeromskiego w Kielcach to „Kropka kreska, kropka kreska” Pawła Paczesnego (reżyseria), Tomasza Jękota i Macieja Podstawnego (dramaturgia). Spektakl muzyczny inspirowany muzyką Talking Heads. A właściwie filmem „Stop Making Sense” dokumentującym trasę koncertową zespołu. Tu refleksja trzecia. Aktualne to? Piosenki sprzed trzydziestu lat, jako głos młodego pokolenia? Czy w ogóle chodzi o przekaz, czy tylko o frajdę publicznego łamania konwenansów? Jakich konwenansów? Tytuł filmu inspirującego twórców sugerowałby, że nie ma co plenić znaczeń i należy się skupić na czystym performance.
Yeah, performance full of manifestos and different sorts of creed. We’ve heard so many of them since the 80s. “You are not your job, you're not how much money you have in the bank. You are not the car you drive. You're not the contents of your wallet. You are not your fucking khakis. You are all singing, all dancing crap of the world.” Albo to, or such words (as the preformance doesn’t mind being bi-lingual for no special reason, czemu ja mam się przejmować chaotycznym wymieszaniem tekstu angielskiego i polskiego, powiedzmy, że w tym bałaganie podążam śladami artystów): “Choose Life. Choose a job. Choose a career. Choose a family. Choose a fucking big television, choose washing machines, cars, compact disc players and electrical tin openers. Choose good health, low cholesterol, and dental insurance. Choose fixed interest mortgage repayments. Choose a starter home. Choose your friends. Choose leisurewear and matching luggage. Choose a three-piece suit on hire purchase in a range of fucking fabrics. Choose DIY and wondering who the fuck you are on Sunday morning. Choose sitting on that couch watching mind-numbing, spirit-crushing game shows, stuffing fucking junk food into your mouth. Choose rotting away at the end of it all, pissing your last in a miserable home, nothing more than an embarrassment to the selfish, fucked up brats you spawned to replace yourselves. Choose your future. Choose life... But why would I want to do a thing like that? I chose not to choose life. I chose somethin' else. And the reasons? There are no reasons. Who needs reasons […]” Lata 90te (do których wydaje mi się spektakl najbardziej nawiązuje w sferze wizualnej) specjalizowały się w takich egzystencjalistycznych deklaracjach. Po kilku dekadach zachłystywania się wolnością, na zachodzie wówczas przyszedł czas na negację nihilizmu, ucieczkę od wolności, mówiąc górnolotnie, co zaowocowało kumulacją depresji, stanów lękowych prowadzących do spektakularnych samobójstw, ewentualnie powrotem do tradycyjnych wartości. Tego ostatniego nie zanotujemy w tym teatrze. Ale jasne staje się, że taka muzyka i idąca za nią kultura eksplorująca estetykę automatu jako reakcji na świat napiętnowany wolnością przezywa swój renesans w Polsce właśnie teraz. Bo trzydzieści lat temu mieliśmy inne wartości i ideały. Dziś nastolatkowie chłoną propozycję takie jak koncert LCD Sound System na zeszłorocznym Openerze z otwartymi buziami. Moda na retro. Dla mnie wartością tego pokazu była siła wspomnień sprzed lat trzydziestu, kiedy ja z otwartą buzią czekałam na program z klipami z zachodu na TVP2, jednym z dwóch dostępnych wówczas, ukazujący egzotyczne dokonania muzyków z tamtej strony kurtyny, żelaznej.
No dobra, ale występ LCD w Gdyni to był majstersztyk organizacyjny; dźwięk, kostium, choreografia i wizualizacje, mimika i emisja, wszystko to było podporządkowane wspomnianej wyżej estetyce automatu i uniformizacji, będącej wyrazem leków cywilizacyjnych tamtego pokolenia. Podobna rzecz dziś to, niezależnie od miejsca wystawiania, teatr, inscenizacja pewnej kultury. I dlatego wymaga jeszcze bardziej przemyślanej i spójnej kreacji. Brak jej był słabością tego wieczoru. Głośne deklarowanie przez artystów, że traktują swój występ jak koncert, w niczym nie usprawiedliwia prywaty, której doświadczaliśmy na scenie. Każdy koncert to performance, każdy powinien z szacunku dla widza oferować mu produkt wizerunkowo jednolity i końcowy. Prywatne miny, miejscami nieporadne lub niezschynchronizowane ruchy , uśmieszki, dialogi z mylącym coś realizatorem (jeśli miały być częścią scenariusza, tym gorzej, w świetle innych wyjść z roli nie zagrały) nie budowały dialogu z niezaangażowanym emocjonalnie widzem a potęgowały uczucie zażenowania.
Skoro jednak fajnie, to co fajnego? Otóż muzyka, zarówno covery piosenek wspomnianego zespołu jak i własne kompozycje inspirowane ich twórczością. Zagrane dobrze i z pazurem. Spójne aranżacyjnie, oldschoolowe, ale w modnej obecnie konwencji. Bez zarzutu. Naprawdę fajna imprezka. Wokale, ciekawe męskie, ale przede wszystkim zestawienie tak odmiennych żeńskich dawało atrakcyjny efekt. Porywający głos Olgi Mysłowskiej (dla mnie najjaśniejszy punkt programu), w pełni kontrolowany, o dużej mocy i zróżnicowanej ekspresji, kontrastował ze spontanicznym występem Magdy Grąziowskiej. Ta ostatnia w solowych partiach czasem brzmiała swietnie,  jak wk…. młoda Nosowska, ale w piosenkach grupowych irytująco zagłuszała innych, burząc potencjalnie ciekawą plamę dźwięków. Brakło w tych miejscach… kolektywu.
A to słowo to klucz do spektaklu. Kolektywna kreacja miała być podstawą istnienia tej propozycji. Widz jednak może mieć wrażenie, że w zamian dostał serię indywidualnych pomysłów nie spojonych wyraźnie zaznaczoną wizją reżyserską. Śpiewam od dawna w chórze. Jest to dla mojej anarchistycznej duszy trudne. Oznacza nieustanną walkę z własnym sprzeciwem wobec uniformizacji głosu i stroju. Bez niej jednak nie ma pożądanej jakości. Tu kostium sceniczny niby podkreślał, jak bohaterowie też odrzucają uniform, poszukując indywidualnej ekspresji, po to, żeby na końcu powrócić w szereg pozbawionych zróżnicowania czerwonych mundurków, ale ani tekst, ani wspomniana wyżej emisja, nie potwierdzały tego w pełni. Czyżby brakło dyrygenta? (Osobiście polecam te instytucję.)
Raz jeszcze podkreślę, gdyby ten występ miał być wydarzeniem czysto muzycznym, efektem muzycznej fascynacji grupy ludzi starym zespołem, mimo drobnych zarzutów byłabym w pełni jego entuzjastką, szczególnie, gdyby pokazano go w miejscu dedykowanym takim propozycjom, jak choćby kielecki klub Boho. Tu powstaje jednak pytanie. Czy wobec bezwzględności naszego rynku muzycznego taki projekt miałby szanse na sukces? Przy swoim niewątpliwym walorze muzycznym, czy zdołałby dotrzeć do zadowalającej grupy widzów? Mam wątpliwości, czy ja byłabym go w stanie wyłowić spośród innych klubowych propozycji. Istnieje domniemanie, że mógłby się po prostu nie sprzedać. I tu pojawia się furtka w postaci teatru.
Żeby z niej skorzystać, należało, mimo deklarowanego pielenia sensów, pobudzić tę jakże modną w teatrze postdramatycznym skłonność widza i krytyka do samodzielnego nadinterpretowania. Takie interpretacje podnoszą wagę koncertu do poziomu sztuki teatralnej. Kolejnej premiery w naszej placówce. Chęć osiągnięcia tego statusu tłumaczy proponowaną wielorakość znaków: poza piosenkami z całą ich oprawą mamy projekcje wideo, laserowe pokazy figur i słów-sloganów, monologi rodem z Szekspira. Ich dowolne konfiguracje mogą doprowadzić do różnorodnych dywagacji – od postfreudowskich analiz sztuki jako substytucji i sublimacji, przez nowoczesne rozumienie katharsis jako narzędzia samopoznania aktora, nie widza, przez mesjanistyczne zapędy postromantycznego artysty, po metadyskurs o teatrze, sztuce mimetycznej, zgrabnie zilustrowany w scenie z Wielkim Ptakiem (ciekawe, jak współczesnym twórcom teatralnym ciężko rozstać się z bohaterami z dzieciństwa, jeden był, co Żółwie Ninja stawiał na piedestale, teraz mamy Ulicę Sezamkową). Nie chce mi się jednak drążyć. I’ll really stop making sense. Czuję się zmęczona udowadnianiem, że sztuka ma sens. Proszę twórców następnej premiery, żeby to oni zadali sobie trud mnie do tego przekonania.





niedziela, 11 grudnia 2016

Zachodnie Wybrzeże - recenzja spektaklu

Now I'm not looking for absolution
Forgiveness for the things I do
But before you come to any conclusions
Try walking in my shoes […]
You'll stumble in my footsteps […]
If you try walking in my shoes […]
DM

Chodzenie w cudzych butach

W języku angielskim jest takie powiedzenie, używane, kiedy oczekujemy od kogoś większej empatii czy zrozumienia: przejdź się w moich butach. Bohaterowie dramatu Koltèsa, będącego owocem jego podróży do USA, dosłownie zamieniają się obuwiem, ale nie prowadzi to do krztyny wzajemnego zrozumienia. But, który stał się niedawno ważnym elementem performatywnego dyskursu społeczno-politycznego w Stanach (palenie sneakersów pewnej marki), w spektaklu ma być wehikułem do raju, lepszego świata, tak samo jak wóz Jaguar czy zwitek banknotów. Nie staje się tak. Jesteśmy świadkami dwugodzinnego monologu rozpisanego na kilka twarzy i pantomimy – bez katharsis. No może jest odrobinę oczyszczenia, ale absolucji brak.
Tytuł polski jest dla mnie cokolwiek mylący. Zachodnie Wybrzeże kojarzy się bogatą Kalifornią, też nie pozbawioną problemów związanych z ludnością napływową, ale jednak nie pasującą do elementów układanki fabularnej, które wraz z tytułem francuskim sugerują raczej okolice Key West na Florydzie. Oczywiście, może to być Zachodnia Przystań / Nadbrzeże w dowolnym portowym mieście amerykańskim. Niemniej, wybór takiej właśnie nazwy jako polskiego tytułu uważam za nie najlepszy.
Milioner ze swoją asystentką pojawia się w zakazanej dzielnicy z potajemnym zamiarem zakończenia tam właśnie swojego życia. Obcy – z lepszego świata – zostają skonfrontowani z obcymi – przybyszami bez prawa pobytu w tym kraju. Fabuła to seria porażek bohaterów: nieudana śmierć samobójcza, nieudany szybki powrót do bogatej dzielnicy, seria nieudanych szantaży i pozbawiających resztek iluzji wymian barterowych, w których ciało ludzkie (czy jeszcze kogoś to we współczesnym teatrze dziwi?) jest towarem jednym z wielu, odartym z sakralno-wotywnego zabarwienia nawet w przypadku ciała dziewicy. W tym zakazanym miejscu nie da się ani umrzeć, ani żyć, nie da się z niego uciec, niezależnie od posiadania pieniędzy w złocie, banknotach czy na plastiku. Dołujące, nieprawdaż? Limbo, czyściec. Widz też grzecznie tkwi w tym poczuciu uwięzienia, może nie dlatego, że taki kulturalny, ale w nadziei na przełom. Tegoż nie ma, bo nawet kiedy w finale ‘coś’ zaczyna się dziać, jesteśmy tak odurzeni słowotokiem i pyłem kredowym, że – mówiąc kolokwialnie – nic już nas nie rusza. Oniryczna, hipnotyzująca muzyka – brawo Radek Duda – wprowadza nas w trans, w którym bohaterowie, wijący się na tle złowrogiego zachmurzonego nieba i nie do końca dla mnie zrozumiałej, choć plastycznie niezwykle atrakcyjnej, scenerii skał, przestają nas obchodzić, są jak cienie postaci z malarstwa Boscha czy z koszmaru, który minie, gdy zapalą się światła. Zostaje w głowie kilka statycznych obrazów, znaków, jak choćby odtworzenie figury Mater Dolorosa – Piety przez Wojtka Niemczyka i Piotra Stanka w pierwszych minutach inscenizacji, czy powracające czarne figury ludzkie na skałach na tle ciemniejącego nieba, które mogą mieć tyle interpretacji, ilu widzów.
Przeogromna zaletą nowego przedstawienia Teatru im. S. Żeromskiego w Kielcach jest aktorstwo. Wojtek Niemczyk precyzyjnie kreuje złowieszczą postać Karola, władcy dzielnicy, będącą jakby odbiciem w krzywym zwierciadle bohaterów historii z klanem w tle w stylu „West Side Story”, któremu ciąży owa odpowiedzialność, choć z drugiej strony, nie bardzo wie, jak mógłby postępować inaczej. Piotr Stanek jako Abad, niemy ciemnoskóry bohater, ze sceny na scenę coraz bardziej pokryty czarną pastą (zabieg częsty w filmach z ubiegłego stulecia, gdzie białym aktorom przyszło odtwarzać rolę Afrykańczyków – i w medialnych prowokacjach z dni ostatnich). Ale nie o paście być miało, przepraszam. Postać Abada wyrażającego swoimi kocimi ruchami więcej, niż przekazałyby słowa, pozostanie na długo w pamięci. Abad ewoluuje, działa, zmaga się. Role kobiece Moniki (Beata Pszeniczna) i Klary (Anna Antoniewicz), mimo nawiasu ironii wychylającego się z tekstu, są wykreowane na kobiety z krwi i kości. Te bohaterki reprezentują w dramacie dwa symbolicznie zespolone bieguny kobiecości – tuż przed rozkwitem i w jego pełni, kiedy na horyzoncie zaczyna jednak czaić się widmo przekwitnięcia i niespełnienia. Wielu aktorów w tym spektaklu zaskoczyło widzów, porzucając swoje ulubione środki ekspresji, dzięki czemu ich kreacje naprawdę powodowały TEN dreszczyk na kręgosłupie. Joanna Kasperek jako Cecylia, drapieżna matka, nieszczęśliwa, bo odcięta dwukrotnie od swoich korzeni, Dawid Żłobiński, dla mnie w pierwszych chwilach nierozpoznawalny, budujący psychopatyczną postać ofiary post-wojennej traumy w ciążącym mu płaszczu, jakby pożyczonym z wojny secesyjnej. I wreszcie Andrzej Plata jako introwertyczny Fak, który na potrzeby tego dramatu porzucił swoje – tak lubiane przez publikę – ‘stand-upowe’ tricki i zagrał koncertowo! Wreszcie (last but not least) Jacek Mąka, grający milionera Maurycego, który w swojej grze zaprezentował cały repertuar sprzecznych emocji targających jego bohaterem: strach, pogardę, nieporadność, poczucie wyższości, bezradności i roszczeniowość do końca.
Wypadałoby teraz rozważyć, o czym jest ta sztuka. O pułapkach, niebezpieczeństwach związanych z emigracją. O jakże modnym teraz ‘wykluczeniu’? O nierównościach społecznych. O ‘stygmatyzowaniu obcego’? „Zachodnie Wybrzeże” wydaje mi się nieco na siłę naturalizowane, uwspółcześniane na poziomie choćby języka (jak na przykład poprzez użycie określenia ‘ciapaty’, spopularyzowanego w polszczyźnie dzięki ostatniej dekadzie emigracji na Wyspy Brytyjskie). Mam wrażenie, że ta trzydziestoletnia sztuka nie jest tak uniwersalna, jak można by się spodziewać i nie do końca odpowiada potrzebom współczesnych ‘inżynierów dusz’. Obcość u Koltèsa jest immanentna, wpisana w definicję człowieczeństwa i pozwalająca na samostanowienie. Nie wynika z opresyjności dyskursu, nie do końca jest kulturową nakładką. Nie strach przed obcym, a strach przed brakiem obcego, w opozycji do którego możemy określić siebie, charakteryzuje bohaterów. Nie da się obcego zagadać, oswoić, wmówić sobie, że w sumie jesteśmy tacy sami i musimy dążyć do unifikacji. Każdy człowiek wyrwany ze swojej kultury, swojego środowiska, jest obcy i nieszczęśliwy. Nawet we własnym kraju można być obcym w innej dzielnicy. Biedota z zapomnianego portu pozornie chce uciec, ale czy chcą zostać kimś innym, mniej obcym na tej ziemi? Niekoniecznie. Pomimo słownych deklaracji, nie robią nic konstruktywnego, co mogłoby doprowadzić do poprawy ich sytuacji. Oderwani od swoich korzeni, realizują się w destrukcji, dekonstrukcji. Pierwsza rozmowa Maurycego z Moniką niesie informację, że to była niegdyś ładna dzielnica. Teraz jest doprowadzona do ruiny przez mieszkańców, którzy przecież we wspomnieniach dawnych domów kultywują piękno i porządek. I to nie jest tylko wina biedy – przecież nie będą dbali o miejsce, które miało być tylko przystankiem w drodze do apartamentowca. Zniszczą nawet luksusowy samochód, który miał im posłużyć  w dojechaniu do zaklętych rewirów. Chyba naprawdę nie chcą tam dojechać. Trawa jest zawsze zieleńsza po tamtej stronie płotu i łatwiej jest tkwić tu a tamten brzeg rzeki obwiniać o całe zło tu się dziejące. I nawet będąc wykluczonymi nie okazują empatii czy solidarności wobec sąsiadów. Mają nawet swojego Murzyna (przepraszam za wulgarność potocznej polszczyzny) od brudnej roboty, któremu co chwilę wypominają inność, choć powinien być im bratem w niedoli. Symbolicznie ten strach przed działaniem widać w ‘zabawie’ butami, jaką prowadzi Klara z Moniką: nie zabiera bogatej kobiecie obu butów, kolebie się przez cały spektakl w jednym glanie i jednej szpilce, nie chce poczuć się do końca nią, ani nie chce, żeby tamta mogła „przejść się w jej butach”. Mieszkańcy hangaru chcą i nie chcą odmiany, bo uwikłani są w wypaczone resztki swojej kultury przywiezionej skądś, której wyprzeć się nie mogą, bo straciliby resztki tożsamości. Sytuacja tragicznie bez wyjścia, jak w klasycznej greckiej sztuce…
No dobrze, ktoś może spostrzec, ale może ich inercja jest wynikiem wieloletnich zaniedbań tych, którym jest lepiej i powinni poczuwać się do obowiązku opieki nad mniej fartownymi? Niewątpliwie wykluczenie ekonomiczne, realne wykluczenie, jest czynnikiem destruktywnie wpływającym na osobowość, możemy to choćby dostrzec na przykładzie naszego kraju. Jednak taka społeczna interpretacja jakoś nie pasuje mi do tej sztuki. Bogaci są tu równie zagubieni i nieszczęśliwie niedopasowani jak biedni, może nawet bardziej, bo w cywilizacji plastikowego pieniądza nie ma miejsca na tożsamość kulturową, tradycję. A biedni nawet nie próbują podejmować pracy… Nie, pozostawię ten wątek innym…
Pora na jakieś konkluzje. Wszyscy bohaterowie Koltèsa, niezależnie od pochodzenia i statusu majątkowego, swoje relacje z innymi ludźmi budują na zasadzie wymiany handlowej, przywiązanie, uwagę, pozytywne emocje ofiarowując jedynie tym, na których można skorzystać. Życie zarówno Maurycego i Moniki, jak i Karola i jego matki upływa pod hasłem: może da się jakiś z ‘nimi’ ułożyć, wyciąć dla siebie kawałek tortu zanim staną się zbędni. I to jedna refleksja nad kondycją gatunku człowiek w tym przedstawieniu. Druga, wspomniana już wyżej: nasze miejsce urodzenia, kultura, w której się wychowaliśmy definiują naszą tożsamość – zawsze (choć to dziś niepoprawne stwierdzenie) w opozycji do innych. Bez tożsamości jesteśmy nikim. Oderwani od swojej kultury, z trudnością odnajdujemy się w nowym środowisku; wszelkie transplantacje ciężko się przyjmują i często, przedefiniowując siebie, sami wpadamy w pułapkę identyfikowania się poprzez obcość opozycyjną do tubylczości. A w sytuacji granicznej cofamy się do rytuałów i zachowań quasi-plemiennych, wdrukowanych w nasze umysły. Jak ojciec Karola, uciekający w jakieś trybalne ‘tłuczenie kamieni’ przed koniecznością pobłogosławienia odchodzącego syna. Czy matka, w jednej z końcowych scen odbywająca szamańską podróż powrotną, co przejawia się w jej wielojęzycznym monologu, po którym odchodzi – zastyga w siedzącej pozie, jak znajdywane w Andach mumie jej przodków. I ten jej rewers jest dostojny, pełen godności choć na chwilę.
Czy zatem wędrowcy nie mogą zrównać się z tubylcami? Przespacerować się w ich butach? Mogą, jak pokazuje sztuka. Jest coś, co zrówna Karola i Maurycego. W ostatniej scenie ten pierwszy wchodzi w posiadanie drogich markowych butów tym razem chyba skutecznie zabitego, choć nieskutecznie ukrytego milionera i… dzieli najprawdopodobniej jego los… Umarł w butach…





środa, 26 października 2016

Thru....

Thru

For you
I will cross the glass to bring back hope
For you
I’ll deny time flows but all I’ll cope
For you
I can’t change the past or what’s amid
For you
I will say I’m sorry for what I did

Gripping set of questions
Challenging the order
Attachment, possessions
Am I just a warder?

Mad is what they call me
As I’m never sure you’re here
But I know they don’t see
We lack a puppeteer

For you
I will cross the glass to bring back hope
For you
I’ll deny time flows but all I’ll cope
For you
I can’t change the past or what’s amid
For you
I will say I’m sorry for what I did

Cherishing the moment
Never seemed enough for me
I am no exponent
But still hope you’ll disagree

Beating pawns is easy
Feel I’m shrinking by your side
But the mirror’s queasy
Thru flaky world I will ride

For you….

Humpty Dumpty sat on a wall
Humpty Dumpty lowly and small
Only your favour in all kinds of weather
Can bring Humpty Dumpty together…




sobota, 15 października 2016

Harper - po premierze studenckiej

Dirty old river, must you keep rolling, flowing into the night?
People so busy, make me feel dizzy, taxi light shines so bright 
But I don't need no friends
As long as I gaze on Waterloo Sunset I am in paradise 
Every day I look at the world from my window
But chilly, chilly is the evening time
Waterloo sunset's fine (…)
The Kinks
Nie widziałam “Harper” w National Theatre w Londynie. Mniej więcej w czasie tamtej premiery ów budynek teatralny kojarzył mi się ze sztuczną murawą między rzeką a wejściem do niego i darmowymi leżakami. Zamiast wzruszeń po tamtej „Harper” zyskałam zatem opaleniznę… Oglądając sztukę teraz, studencką premierę w rozpłakany kielecki wieczór, cieszyłam się jej angielskością, która przywoływała wspomnienia mojej peregrynacji po brytyjskim lądzie.
Nie mogę powiedzieć: Haper Regan to ja, mimo zbieżności wieku. Różne biografie. Jednak… bez trudu identyfikowałam się z bohaterką, więc ta recenzja (jak wszystkie moje) jest bardzo subiektywna. Zastanawiałam się, czy Harper jest korpo-mieszczką. Z jednej strony, tak, praca we wszystkie weekendy, kredyt, dziecko, które trzeba wysłać na studia. Mąż w garniturku, biurowy uniformik i koczek. Ale spod ciotkowatej bluzeczki przez cały spektakl trudno było nie dojrzeć braku stanika, co całkowicie burzyło ten konsekwentny i realistycznie budowany wizerunek poukładanej pani w prawie średnim wieku. Wobec konsekwencji w dbałości o detale, hiperrealizmu w budowaniu wizerunku postaci, trudno mi to uznać za niedopatrzenie, zatem… to znak dla widza. I najprostsza interpretacja – kryzys wieku średniego, poukładana korpo-mieszczka buntuje się, dostaje „kota” jak bohaterki Almodovara, kolokwialnie mówiąc bierze w łeb. Bohaterka nigdy nie zaakceptowała swojej pozycji jako odpowiedzialny i spełniający się w wyścigu szczurów ‘breadwinner’, nie dorosła, nie stała się kobietą, czego w tradycyjnym podejściu symbolem był moment, kiedy podlotek zaczynał nosić biustonosz. Dziesięć lat temu nazwano nasze pokolenie generacją kidultów, trzydziestolatków, którzy świadomie i gremialnie powiedzieli dojrzewaniu: „kurwa, nie”. I jej wyruszenie w drogę pod pretekstem pożegnania umierającego ojca nie jest odrzuceniem dotychczasowego stylu życia a jedynie zrzuceniem maski.
Droga. Kusi, żeby zbudować kilka analogii z kinem drogi. „Thelma i Louise” – wspólny motyw – agresja wobec mężczyzn (baba bije chłopa). Filmy Petera Jacksona – wybór, czasem mniejszego zła, pytanie o obowiązek wobec innych. Dante i podróż w głąb piekła. Podoba mi się to ostatnie. Szpital, pijaństwo, hotel, dom matki, wreszcie dom rodzinny – to kolejne kręgi. Szczególnie ten ostatni, bez wyjścia, jak się okazuje, to wieczna kaźń bohaterki, czego pierwsze sceny nie zapowiadają zbyt wyraźnie. Poszukiwanie nowych doznań (nadużywanie alkoholu, ciężkie pobicie faceta, seks z przygodnym gościem) nie przynoszą ulgi, każde doświadczenie jest portalem do kolejnego kręgu, prowadzi do samopoznania i odkrycia prawdy o swojej rodzinie, dotąd skrzętnie zamiatanej pod dywan. Powrót do domu nie jest zatoczeniem koła, staroegipskim cyklem powrotu, dowodzi raczej heraklitowego powiedzenia, że nie wchodzimy do tej samej rzeki. Ale nie możemy też z niej wyjść. I w ostatniej scenie dla Harper ta rzeka to Styks…
Do wody bohaterka wchodzi raz dosłownie. W słynnej już skądinąd scenie z wanną. Ona i on, tatusiek z portalu erotycznego, zrzucają ubranie i uprawiają seks w wannie. Widzowie śledzą naocznie tę dość dosłowną scenę. Niektórzy się burzą, wielu pewnie nie przyzna się do przyjemności płynącej z voyeuryzmu. Mnie ona irytuje. Nie mam nic przeciw nagości, kiedy jest ona znakiem. Film czy fotografia to kiedyś celuloid, obecnie piksele, żywe ciało jest jedynie odległym pretekstem do ich powstania, z którym widz nie musi obcować. Oglądanie ich konwencjonalnie opiera się na zgodzie odbiorcy na to doświadczenie. Dzisiejszy teatr natomiast lubuje się w gwałceniu widza i stawianiu go naocznie wobec Ciała, biologicznego i niekonwencjonalnego. Czy jest ono jakimś znakiem? Jeśli tak, to tym gorzej, bo czy nie urąga on inteligencji widza? Bohaterka w swoim szaleństwie wolności zrzuca uniform i konwenanse, staje naga jak denat w prosektorium i bezbronna. Ale… czy widz nie zinterpretowałby takiego przekazu, więcej sobie wyobrażając niż oglądając? Fakt, gadka o dzieciach i współmałżonkach podczas spółkowania to mocna scena, ale jak już napisałam, wolę takie z użyciem innego tworzywa niż w teatrze.
Słowo samo z siebie też potrafi zmrozić widza. Jak te opowieści o pedofilii, zawsze w aluzjach, nigdy dosłownie nie odegrane przed oczami widzów. Te historie wprowadzają do naszej wyobraźni najmłodszą grupę bohaterek. Owe dziesięciolatki dopełniają obrazu dziewczynek w spektaklu. Najmłodsze w tym zbiorze, prawdopodobnie brutalnie zmuszone do osiągnięcia dojrzałości przedwcześnie, stanowią uzupełnienie dla postaci Sary, nastoletniej córki, która też z powodu rodzinnej afery musiała szybko dorosnąć. Jednak pozostaje ona nieodpowiedzialna, buntownicza i trzpiotowata, roszczeniowa wobec matki. Żadna z kobiet w przedstawieniu, choć reprezentują one różne pokolenia, nie może zostać nazwana dorosłą i dojrzałą. Nawet matka Harper odmawia zaakceptowania faktu starzenia się, wiążąc się z młokosem mającym bzika na punkcie sportu i męskiej witalności. Mamy zatem w sztuce dziewczynki, nastolatki, kobiety dojrzałe i starzejące się, wszystkie jakby niedopasowane. Nie jest to jednak feministyczny bunt przeciwko roli kobiety, szczególnie nie w przypadku bohaterki tytułowej, ponieważ jej tragizm polega na tym, że ona właśnie musiała przyjąć rolę tradycyjnie męską, głowy rodziny i jej żywiciela. Nie zrobiła jednak tego w imię zwalczania społecznych oczekiwań wobec płci, a jedynie z tak zwanego musu. Immanuel Kant, a nie Judith Butler. Nie chcę zdradzać szczegółów. Dodam jednak, że nawet bunt i przyznanie się do win nie dały jej ostatecznie wolności. Jej tragizm nie wypływa tylko z konieczności wypływającej z potrzeby utrzymania konwenansów, ale ma silne podłoże finansowe. I tu wielu widzów pewnie empatycznie westchnie – kto z nas nie jest niewolnikiem kredytów, kto nie godzi się co dzień na rzeczy, które należałoby odrzucić, tylko dlatego, że topór raty wisi nad nami. Banalne? Może, ale uświadomienie sobie na jak wiele godzą się ludzie aby utrzymać swoje mieszczańskie status quo  ma działanie oczyszczające.
Reasumując, tradycyjna psychodrama w brytyjskim stylu, z obowiązkowymi szkieletami w szafie, to coś, co lubię. Tekst, fabuła, perypetia. Doskonałe aktorstwo dopełnia przyjemności obcowania, każdy z aktorów – wielu z nich wciela się w kilka niepodobnych do siebie postaci – zasługuje na równie gromkie oklaski. Surowa scenografia, imitująca tunel metra, zachwyciła mnie – the Tube zawsze stanowiło dla mnie niepokojącą obietnicę. Na kieleckiej scenie staje się ono całym światem bohaterów… Muzyka, pulsujące światło i dźwięk, reminiscencje jednego z moich ulubionych filmów – „Trainspotting”.  Dzięki „Harper” odbyłam swoja podróż-ucieczkę w świat wspomnień, czyli sztuka umożliwiła mi gadamerowską fuzję horyzontów.  Czy umożliwiła mi poznanie jakiejś szczególnej tajemnicy na mój własny temat? Że Harper to jednak ja? Tak, to ja. A jednak nie… Niekoniecznie… Nie szkodzi…
PS:
Running on my sore feet again
Chasing  illusions and pain
With the river squirming to and fro
Tracing insights by Leonardo

Sometimes hammered, sometimes with a pure mind
Feeling stone walls as if I was blind
Can a city be ever-inviting
At the same time be alien and biting?
A.M