poniedziałek, 18 czerwca 2018

Jak wam się podoba - recenzja spektaklu


Twin Shakes
“We’re like the dreamer who dreams and then lives inside the dream.” (Gordon Cole)

Doppelgangery, awatary, światy równoległe. To wszystko było częścią widowiska zaserwowanego widzom na ostatniej premierze w Teatrze im. S. Żeromskiego w Kielcach.  „Jak wam się podoba”, na luźnej kanwie tekstu Szekspira nie wszystkim się spodobał. Jednakże, jeśli mogę pospekulować, przypadłby do gustu, a przynajmniej nie spotkałby się z całkowitym odrzuceniem autora dramatu. Szekspir, jaki mi się wyłania z lektury jego dzieł i biografii, to buntownik łamiący konwenanse, obdarzony talentem i intuicją, pozwalającą mu jednocześnie zapewnić rozrywkę motłochowi londyńskiemu oraz doznania estetyczno-intelektualne tym, którzy takowych szukają. Dziś byłby raperem konkurującym z Eminemem lub skończyłby jako scenarzysta w Hollywood. Czy robiłby teatr postmodernistyczny? Chyba nie. Zbyt dużym sentymentem obdarzał widza. Niemniej, pewnie nie obraziłby się za gwałt wykonany na swoim dziele.
We're just naked, screaming little fucks.” (Dr. Jacoby)
Mówiąc, o gwałtach. To gwałcenie publiczności i jak podejrzewam samych aktorów nagością, która tym razem poszła kroczek do przodu (kroczę kamerą, kroczę, aż na telebimie na scenie wszyscy zobaczą moje kroczę 😉 ), jest już nudnawe. Oglądanie na scenie czynności wykonywanych dwa razy dziennie w sypialni czy łazience ma służyć czemu? Bo regularny widz teatralny już jest impregnowany na takie pseudo-prowokacje i kiedy aktorki zaczynają podciągać garderobę, miast szmeru zażenowania czy oburzenia, po sali poszedł delikatny chichot. Kiedyś się mówiło:
„- Byłem w kinie.
- A momenty były?”
Teraz w rozmowach powtarza się:
„- Byłem w teatrze.
- A dupy były?”
Może to jakiś konkurs międzyteatralny konkurs pt. „Tysiąc sposobów na uzasadnienie wacka na scenie.” Przepraszam za wulgarność i rymy częstochowskie. Dopasowuję się. Tyle. Nie kupuję tych sloganów o samopoznaniu itepe.
“Dark. Laughing. The owls were flying. Many things were blocked. Laughing. Two men, two girls. Flashlights pass by in the woods over the ridge. The owls were near. The dark was pressing in on her. Quiet then. Later, footsteps. One man passed by. Screams far away. Terrible, terrible. One voice.” (Log Lady)
Jednak sporo rzeczy kupuję. W sferze estetycznej i ontologicznej. Najwyraźniej przez bliskość rocznikową moją i reżyserki Mai Kleczewskiej zostałyśmy podobnie, tymi samymi dziełami, ukształtowane co do sposobu widzenia świata (choć nie światopoglądowo, o tym za chwilę). Na przykład, podobała mi się pierwsza scena. Mimo, że szczerze nie lubię ingerowania aktorów w publiczność, tego nachalnego wciągania widzów w interakcje i robienia sobie show ich kosztem, tym razem zafascynowała mnie wręcz intymna atmosfera wstępu. Może to umiejętne wykorzystanie przestrzeni, stłoczenie widzów i aktorów na ciasnej scenie z zasłoniętą kurtyną, może dodatkowo upalny dzień i nieuniknione zlepianie się lekko wilgotnych ciał wytworzyły taką niepowtarzalną bezpośrednią relację. Dodatkowo, aktorzy byli rozstawieni w różnych miejscach tej przymałej przestrzeni, grali jednocześnie, co uniemożliwiało ogarnięcie całości, często z powodu zwykłego „tam nic nie widzę” czy „pan mi zasłania” i to wszystko dawało poczucie realizmu połączonego z… oniryczną nierealnością. Świetne. To poczucie kroczenia w czyimś śnie było też tworzywem drugiej części spektaklu, gdy akcja przenosi się do przecinanego flashlightami Lasu Ardeńskiego. Dualizm i jednoczesne splecenie śniącego ze śnionym. Cudowne wykorzystanie przestrzeni teatralnej do zbudowania równoległych światów. Postaci pojawiające się znikąd i niknące w równoległym świecie skrytym pod płytą z pleksy, przepoczwarzające się, oglądające się w lustrze monitora, na którym porusza się ich awatar, maski, twarze ukryte, jak w meksykańskich zapasach za lśniącym materiałem. Powtarzanie słów: „to wszystko się nie dzieje, to zostało nagrane”. Nastrój jak w dziełach Davida Lyncha (wiem, zdradziłam się z nim na początku). To wszystko niesamowicie pięknie się oglądało. Czasem jednak żałowałam, że nie jestem przed telewizorem, gdzie mogłabym wyciszyć fonię, niektóre dialogi.
„- I feel funny. What's happening to me?
- Someone manufactured you.
- What?
- For a purpose, but I think now that's been fulfilled.” (Dougie Jones i Philip Gerard)
Kiedy po raz pierwszy usłyszałam, że to komedyjka o przebierankach damsko-męskich będzie kanwą spektaklu, od razu podejrzewałam, że dialogi pełne będą, jugnowskich animusa i animy, tych górnolotnych sloganów o lacanowsko-freudowskiej rekonstrukcji tożsamości i genderowych haseł o kulturowej płci i opresyjnym kształtowaniu ról społecznych inspirowanych piórem Judith Butler. I tu wolę Lyncha, bo monologi jego bohaterów są pozbawione znamion tymczasowych mód, nawet tych, które upierdliwie powracają od ponad stu lat, jak Freud czy Jung. U Szekspira przebieranki były częstym motywem intryg, dziewczęta ukrywały się w strojach chłopców, księżniczki w sukniach służących. Te zamiany służyły raczej ukrywaniu, niż poszukiwaniu tożsamości. Nie zapominajmy też o tym, że za Szekspira rolę dziewcząt zwyczajowo grali chłopcy i nie było w tym nic łamiącego tabu. I choć muszę przyznać, że to w Gazecie Teatralnej więcej było owego, moim zdaniem, bełkotu niż w samych dialogach, i tak czułam przesyt słowotokiem i histerycznością niektórych scen. Mam widać potrzebę minimalizmu.
This is the water, and this is the well. Drink full, and descend. The horse is the white of the eyes, and dark within.” (Woodsman)
Moja potrzeba minimalizmu kłóci się jednak najwyraźniej z moim uwielbieniem dla powracającej sceny śpiewu. Mieszanka barokowego przepychu i gotyckiego uduchowienia. Przejmująca interpretacja głosowa. Magiczna postać łącząca w sobie Farinelliego, Davida Bowie, szamanów, celtyckich bogów i odrobinę demona Hannibala Lectera z niedawnego serialu – dla tej sceny warto było się męczyć w tym przegrzanym pudełku. Niepokojąco nieuchwytny obraz, witalność i memento mori w jednym. Bardzo dobre.
I am dead. Yet I live. (Laura Palmer)
Wreszcie, nie można pominąć sceny ostatniej, w której każdy bohater bierze się za bary sam ze sobą. Ze swoim sobowtórem. Niby to taka nieskomplikowana przenośnia, alter ego, doppelganger mordujący oryginał i tym podobne, ale tym razem wartości temu obrazowi dodawał fakt, że na scenie obok aktorów stanęli prawdziwi zawodnicy i trenerzy zapasów. Dodali oni scenie autentyczności i oryginalności. I zresztą, same wyżej wspomniane interpretacje tej metaforycznej sceny, stanowiły dobrą i aktualną konkluzję tego spektaklu. Jesteśmy na tym świecie sami ze swoimi fizycznymi ograniczeniami. Reszta to tylko sen, który ktoś dla nas nagrał….

PS Tutaj dopiszę jeszcze kilka zdań o grze aktorów, którzy zapadli mi w pamięć. Jak już wspomniałam, Kamil Studnicki jako demoniczny Amiens czarował siłą wokalu i spójnością kreacji. Bartłomiej Cabaj i Wojciech Niemczyk świetnie oddali braterską relację w stylu początku Rainmana - ten pierwszy jako upośledzony romantyk, ten drugi jako drań pozbawiony uczuć i skrupułów. Bartek wraz z Martą Ścisłowicz dźwigali chyba największy ciężar tej inscenizacji, jako odtwórcy głównych ról. Dla Marty laur specjalny za odwagę sprzedania swojej prywatności w postaci rodzinnych zdjęć i filmików z dzieciństwa. Wreszcie, brawa dla Jacka Mąki i Łukasza Próchniewicza za zagranie głosem, zza maski. Pozbawienie aktora tak ważnego narzędzia jak twarz niesie ryzyko osłabienia środków wyrazu. Nie w tym przypadku. 






wtorek, 29 maja 2018

Umrzeć ze śmiechu (recenzja)

Dear Mary
(recenzja spektaklu UMRZEĆ ZE ŚMIECHU  w reż. Mirosława Bielińskiego, teatru Tetatet https://www.teatrtetatet.pl/)

Droga Mary,
Już drugi raz w swojej karierze recenzenckiej piszę list do bohatera spektaklu. Wiem, powtarzam się, ale naprawdę szkoda by było, żebyś nie dowiedziała się, jak tam ta Twoja stypa poszła w Kielcach.
Kochana, nie musisz się o nic martwić. Wiem, jesteś, pardon, byłaś, maniaczką planowania. Jednak, nie zaplanowałabyś tego lepiej jak zrobili to ci wariaci zaangażowani w poczęcie stowarzyszenia i niezależnego teatru, którzy na swoją pierwszą premierę wybrali właśnie historię Twoją i Twoich przyjaciółek (choć może Ty ich właśnie zaplanowałaś [?]). Muszę Ci się przyznać, że szłam zaniepokojona na spektakl. Nie jestem miłośnikiem komedii. Raczej nie. I faktycznie, mam odmienne poczucie humoru od większości. Zazwyczaj jestem zażenowana, kiedy inni się śmieją. Wyznam Ci jednak po cichu, bo wiem, że zabierzesz to ze sobą do grobu, że lubię „Dwóch i pół” czy „Teorię wielkiego podrywu” a najbardziej boki zrywam na brytyjskich sitcomach. Kiedyś był taki. „Absolutely Fabulous”. „Absolutnie fantastyczne” – o dwóch wariatkach, które Tobie przypadłyby do gustu. I choć faktycznie na kieleckiej premierze nie chichotałam czasem w tych momentach co większość zadowolonej widowni, to niejeden raz zaśmiewałam się do łez .
Ale wróćmy do planowania, które doprowadziłaś do perfekcji. Teatr niezależny to teatr widza. Krytykami sali nie zapełnisz. Ani kasy. A od jakiegoś czasu wizje wielkich twórców i krytyków rozlazły się okrutnie z potrzebami widza. Znam mnóstwo inteligentnych, wykształconych osób, zajmujących poważne stanowiska, które mówią: „Ja łamać sobie głowę i wysilać intelektualnie, tudzież stresować muszę się w pracy; od teatru oczekuję relaksu, niezobowiązującej gierki słownej, historii, nad którą nie trzeba się nadmiernie skupiać, żeby wczytać się w intencje autorów i nie chcę, żeby ktoś się nade mną pastwił psychicznie.” Szukają ROZRYWKI. I taka przyciągnie ich do teatru. A napływ widza zapewni niezależnemu teatrowi istnienie. I tu punkt pierwszy dla Teatru Tetatet – opowieść o Twoich przyjaciółkach i ich reakcji na Twoje odejście w zaświaty to historia z gatunku: „znacie? – to posłuchajcie”. Wiemy od początku, że nagła śmierć spowoduje w przyjaciółkach przewartościowanie postaw i priorytetów, spodziewamy się jakie zwroty akcji mogą nastąpić (no, przynajmniej mnie niewiele zaskoczyło). Jednak właśnie dlatego chcemy to zobaczyć jeszcze raz. Szkoda, że nie widziałaś uśmiechniętych twarzy na widowni.
Mówiąc o uśmiechach, trudno jest napisać zabawny tekst. Żeby oprócz humoru typu slapstick zadowolić też widza, który niekoniecznie śledzi z zapartym tchem zawiłości intrygi, którą zafundowałaś przyjaciółkom, ale doceni ciętą ripostę, nieporozumienie wynikające z niezrozumienia lub odmiennej interpretacji słów. Będzie się bawił drwieniem z postaw, reprezentowanych przez bohaterów. I tu, moja droga Mary, zdejmij z głowy kapelusz przed tłumaczką (Bogusława Plisz-Góral), która umiejętnie przemieszała realia anglosaskie z rodzimymi. Tłumaczenie dramatu przecież stawia przed twórcą przekładu wyzwania nieznane tłumaczowi literatury drukowanej. Tekst musi czasem zrezygnować z dosłowności na korzyść trzymania napięć i tempa sceny, humor dialogów musi się ujawniać w chwili wypowiedzenia na scenie a nie po wnikliwej analizie tropów. I w tym tekście słychać było, że autorka adaptacji na język polski ma doświadczenie i warsztat w tej dziedzinie sztuki. Polubiłabyś tę kobietę, Mary.
 Być może zastanawiałaś się przed premierą, jeśli doszły do Ciebie o niej słuchy, czy sala Kongresowa udźwignie zadania stawiane przed sceną teatralną. I tu znowu punkt za dalekowzroczne planowanie. Spektakl nie stawia jakichś wygórowanych wymagań odnośnie miejsca, gdzie jest wystawiany. Nie ma w nim fajerwerków, skomplikowanych multimediów, zmieniających się scenografii. Historię Twoich przyjaciółek charakteryzuje klasyczna jedność miejsca i czasu. Scenografia (Bożena Kostrzewska), choć w detalach prezentuje mieszczański salon, jest łatwa do przeniesienia i rozstawienia w każdym miejscu. Taki spektakl – a pamiętasz, że to niezależna inicjatywa – może być wystawiony w dowolnym miejscu. Nie musi czekać na widza – może do niego pojechać. Czy taki pomysł nie jest świetny. Mary?
Na koniec opowiem Ci o odtwórcach ról. Nie znałam Twoich koleżanek, ale aktorki, które je odtwarzały (Teresa Bielińska, Ewa Pająk, Beata Pszeniczna), wykreowały niezwykłe ciepło wokół swoich bardzo ludzkich postaci.  One i aktorzy grający pozostałych bohaterów (Magdalena Daniel / Wiktoria Kulaszewska, Andrzej Plata / Adrian Wajda) budzili sympatię, jaką czujemy do osób poznanych dawno temu. Zasługa to ich talentu i warsztatu, ale chciałam jeszcze przed Tobą pochwalić ruch sceniczny i choreografię (Małgorzata Ziółkowska). Szczególnie żywiołowa scena tańca nawet umarłego postawiłaby na nogi (nie bierz tego do siebie, Mary).
Musze kończyć, moja droga. Spoczywaj sobie w pokoju. W Kielcach wszystko jest pod kontrolą.
Twoja
Agnieszka

PS: Na premierze byłam w czerwonej sukience i ulubionych wielkich kolczykach 😉



Obrazy Hammondem malowane


W kalendarzu jazzowych Kielc pojawił się nowy mocny punkt. Oby zagościł w naszym mieście na stałe.
W dniach 27-29 kwietnia odbył się w Kielcach międzynarodowy Organ Jazz Festival, zorganizowany przez Chicago Organ Music Club przy współpracy z Hammond Polska i Europe. Festiwalowi towarzyszył XXXI Zlot Miłośników Organów Hammonda a obok koncertów można było wziąć udział w imprezach towarzyszących, takich jak warsztaty gry na perkusji i Hammondzie, wystawy, spotkania autorskie, jam sessions, odbywających się we wspomnianym wyżej klubie oraz w Muzeum Laurensa Hammonda.
Sala Kameralna Filharmonii nie jest miejscem kojarzącym się z jazzem. Chyba dlatego publiczność festiwalowa początkowo przybywała dość nieśmiało. Tomasz Pruchnicki, saksofonista, zauważając atrakcyjny program, chciałby widzieć więcej zainteresowanych: „Hammond jest niszową sprawą. Trzeba przekonać zwykłych ludzi, że jest to coś atrakcyjnego; nie tylko profesjonaliści i fani, zwykła publiczność powinna tworzyć widownię. Odnoszę wrażenie, że często słowo jazz odstrasza ludzi gotowych na dobrą muzykę. A przecież obok jazzu cały zestaw bardzo ciekawych stylistyk tworzy fenomen organów Hammonda.”
Ci, którzy przybyli, wychodzili oczarowani. Jedna z słuchaczek określiła muzykę miodem na jej schorowane i niedawno operowane serce. Ten szczególny instrument budzi miłość od pierwszego wejrzenia. Gra na nim pozostaje pasją na całe życie, do czego przyznał się Pietro Turco, laureat Gran Prix w Museum of Computer Art z Nowego Yorku, którego obrazy inspirowane kulturą a może nawet kultem Hammonda były wystawiane w trakcie imprezy. „To instrument, który dzięki możliwościom brzmieniowym sprawdza się zarówno w tradycyjnych jazzowych nurtach, jak i w nowych brzmieniach” – podsumował Piotr Krzemiński, trębacz.
Nie byłoby festiwalu, gdyby nie wieloletnie upodobanie Jacka Klesyka do organów, które najpierw spowodowało założenie osiemnaście lat temu Organ Music Club – od kilku lat w Kielcach pod szylem Chicago – a potem zainicjowanie wyżej wspomnianych zlotów i festiwali. Na szczęście dla kielczan, Jacek zdecydował się przywieźć festiwal do swojego rodzinnego miasta. Kajetan Galas (prowadzący warsztaty gry na Hammondzie i występujący) powiedział: „Bardzo było miło ponownie zagrać w Kielcach, najbardziej hammondowym mieście w Polsce. To cieszy, że ten pozornie zapomniany instrument ma nadal wielu fanów, co można było zobaczyć na koncertach, jamach i w muzeum. Impreza była zorganizowana z wielkim rozmachem, przy współudziale wielu podmiotów, ale przede wszystkim dzięki Jackowi Klesykowi, jego pomysłowi, wielkiej pasji i całkowitemu oddaniu. To jemu należą się największe brawa za ten wspaniały jazzowo organowy czas!”
Ten wspaniały koncertowy czas rozpoczął występ Gary Hammond Trio – Jacek Klesyk-Hammond, Zbigniew Zagóra-perkusja, Mariusz Mucha-gitara. Zespół z Kielc, znany z Chciago Organ Music Club, gdzie wypracowuje swoje klasyczno-wybuchowe brzmienie i niepowtarzalny charakter podczas jam sessions. Grają mieszankę jazzu i funky a wyróżnia ich ogromny dystans do siebie samych i materiału, co pozwala im na oryginalny dialog z tradycją i publicznością. Tak też zaprezentowali się w ramach festiwalu – spontaniczni, pozornie różni a spójni, bawiący się muzyką i swoim wizerunkiem. Świetnie rozgrzali słuchaczy.
Występujące jako drugie Krzemiński/ Parker/Serafiński TRIO (trąbka-perkusja-Hammond) aksamitnym brzmieniem instrumentów zawiodło melomanów w bajkowe obszary, gdzie można było delektować się harmonijnym hołdem dla tradycji w nowoczesnym wydaniu. Zespół opisuje się słowami: świeżość, korzenie i doświadczenie – i wszystko to było słychać w piątek. Radość z muzykowania, refleksja i pokora wobec muzycznej materii, autentyczność stylu, wirtuozerskie opanowanie organów przez Pawła Serafińskiego, wszystko to uczyniło ten wieczór pełen autorskich kompozycji oraz standardów niezapomnianym przeżyciem.
Niezapomniane przeżycie jest udziałem również wykonawców. Piotr Krzemiński opisuje te dni: „Otoczony świetnymi muzykami, ale przede wszystkim ludźmi, którzy kochają to, co robią, są mocno zafiksowani i pełni chęci, żeby pokazać to światu w jak najlepszym wydaniu. Przyjemnością było zagrać koncert, tym bardziej, że kielecka publiczność okazała się melomanami, którzy żywo w nim uczestniczyli. Pozwoliło to stworzyć interakcję, dialog, więź miedzy nami a słuchaczem, a ponieważ dwie energie się sumują - grało się bardzo dobrze.”
O wartości festiwalu świadczy też różnorodność muzycznych propozycji obracających się wokół jednego instrumentu. Yarosh Organ Trio – Kajetan Galas-Hammond, Przemysław Jarosz-perkusja, Tomasz Pruchnicki-saksofon, zaprezentowali w sobotę muzykę daleką od tradycyjnej. Ewoluujące trio, prezentujące materiał z nadchodzącej płyty, zawiodło słuchaczy w synestetyczne krainy malowane kolorem instrumentów. Muzycy operowali onirycznymi obrazami, zaskakiwali rozwiązaniami, czarowali. Własne kompozycje, głownie lidera zespołu – Przemysława Jarosza, demokratycznie pozwalają na indywidualną ekspresję i prezentacje mistrzowskich umiejętności wszystkich instrumentalistów. Jak mówi on sam: „W swojej muzyce świadomie odchodzę od „utartej” roli organów w zespole zachęcając Kajetana do poszukiwań daleko dalej niż przyzwyczaili nas Smith czy Goldings. Poszukiwania sonorystyczne cechują nas trzech, proponujemy odbiorcy wrażenia dźwiękowe w dużym stopniu „nietypowe”. Obraz dzisiejszej muzyki jazzowej to zarówno synteza jak i synkretyzm przeróżnych stylów, które łączone i zestawiane dają nową jakość. Impreza w Kiecach pokazała to wyraźnie. Mimo wielobarwności dzisiejszej muzyki jazzowej, organy Hammonda wciąż niezbyt często goszczą na polskich scenach, zatem chwalebne jest istnienie tego festiwalu.”
Alberto Marsico & Organ Logistics (Alberto Marsico-organy i Alessandro Minetto-perkusja) sprowadzili nas na koniec w bardziej tradycyjne prezentacje Hammonda. Jeden z najbardziej uznanych w Europie hanmmondzistów, koncertujący na całym świecie i nagrywający w USA, Alberto Marsico kiedyś dowiedział się, że ma „organy we krwi” podczas warsztatów, które prowadził legendarny Brother Jack McDuff. Towarzyszący mu na perkusji Alessandro Minetto, grający w klubach jazzowych na całym świecie, eksploruje również inne niż jazz obszary muzyczne. Razem dali rasowy koncert, którego słuchanie było niezmiernie miłym doświadczeniem na zakończenie koncertowej części festiwalu. Obok tradycyjnych energetycznych brzmień, oczarowywali subtelnym dźwiękiem, żartowali, muzycznie komentowali wydarzenia (jak choćby kompozycja o trzech panach B: Bush, Blair, Berlusconi), jako Włosi nie zapomnieli o swoim rodaku i przedstawili aranżację kompozycji Morricone’a. Swoim występem wprowadzili wszystkich w przyjacielską, rodzinną atmosferę, obecną w trakcie całego wydarzenia, wspominaną przez wykonawców i organizatorów, ale dominującą w finale sobotniego koncertu. Sam Alberto mówi: “To festiwal, na którym cały czas się uśmiechasz. Od pierwszej chwili po ostatnią. Spotkałem tu grupę ludzi o gorących sercach pracujących przy organizacji pięknych koncertów w sali o dobrym brzmieniu. Świetnie się bawiłem!”
Entuzjastyczny odbiór ze strony słuchaczy, walor edukacyjny i popularyzatorski wydarzenia, podkreślany przez muzyków, wspaniałe koncerty, to posumowanie tych trzech dni. Ja sama, odbiorcy oraz pragnący wrócić do Kielc wykonawcy – chcemy powtórki.


tekst ukazał się w magazynie Projektor http://www.projektorkielce.pl/



niedziela, 25 lutego 2018

Przeciwko wyroczniom…. Recenzja „Świętoszka"


Przeciwko wyroczniom….

Recenzja „Świętoszka”

Idąc do teatru im. S. Żeromskiego w Kielcach na spektakl w reżyserii debiutantki Ewy Rucińskiej  zastanawiałam się z jednej strony nad sensem adaptacji ramotki ze spisu szkolnych lektur a z drugiej nad wybraniem właśnie tego dramatu. Dlaczego „Świętoszek” a nie „Skąpiec”? Od biorących się za klasykę współcześnie widz często oczekuje nowego odczytania, od teatru w ogóle oczekujemy (no ja przynajmniej) pewnej świeżości spojrzenia, pójścia pod prąd. Gdy każdy mędrek na mediach społecznościowych zbiera ‘lajki’ krytykując kościół, w czasach ogólnej ‘katolofobii’, rozkwitu ateizmu oraz mody na pogaństwo, wystawianie tego dzieła Moliere’a wydaje się pójściem na łatwiznę. Czy nie odważniej byłoby przy pomocy „Skąpca” nadgryźć panowanie banków, które poprzez usta celebrytów chwalących branie kredytów, kształtujących modę na „sprytne oszczędzanie” i tym podobne, uczyniły z nas niewolników bez własności? … Takie miałam myśli idąc na premierę. A teraz będą pochwały.
Żyjemy w epoce teatru ponowoczesnego, w którym ostatecznym kryterium doboru elementów-znaków języka przedstawienia wydaję się być „bo tak” jego twórców. Bardzo mnie to drażni, bo ja lubię, kiedy każdy element jest subtelnie uplecionym składnikiem siatki znaczeń. Być może – a nawet na pewno – inaczej interpretowanym przez rzeczonych twórców i ich odbiorców, ale jednak ZNACZĄCYM. Pamiętam jak przez mgłę pewien spektakl dawno temu, chyba „Niebezpieczne związki”, w który został wpleciony fragment piosenki „Eleanor Rigby”, jego tłumaczenie. Zmieniono w nim cerowanie skarpetek na pranie. Wtedy jeszcze miałam złudzenia, że pastor PIORĄCY skarpetki musi nieść jakieś ukryte tropy. Pobiegłam zapytać tłumacza (?), dramaturga (?) i otrzymałam odpowiedź, którą później słyszałam w teatrze wiele razy, dopóki nie przestałam pytać: „bo tak”.
Na tym tle adaptacja „Świętoszka” wyróżnia się na plus. Elementy tekstu (świetne tłumaczenie, podane przez aktorów w sposób naturalny, mimo że dawno z naszej sceny nie płynął tekst wierszowany), skrzącego się zdaniami godnymi cytowania w komentarzach do zdarzeń nam współczesnych, scenografii i kostiumów wydają się bardzo spójnie skonstruowane (choć to chyba obelga w czasach tryumfu dekonstrukcji?) i podsuwają zaskakująco aktualne i nieoczywiste na pierwszy rzut oka wykładnie tego spektaklu. Zdaję sobie sprawę, że może uległam złudzeniu, że może intentio auctoris odbiega od mojego prywatnego intentio lectoris, przefiltrowanego przez moje osobiste fobie i przemyślenia, jednakże tym razem intentio operis zdaje się wygrywać i oto „o czym jest to przedstawienie”:
Na początku spektaklu świetny jak zawsze Edward Janaszek przekazuje nam prośbę samego Moliera o nietraktowanie jego dramatu jako opowieści o konkretnych osobach a jedynie jako krytyki postaw. Nie nazywa jednak tych postaw po imieniu. Z perspektywy wieków Molier może nabrać bardzo uniwersalnego odczytania. Zwalczał on bowiem słowem terroryzujących obywateli manipulantów, którzy wykorzystywali ideologię ówcześnie ściśle związaną z władzą. I tu mój horyzont myślowy krzyżuje się z molierowskim. Nie uważam bowiem, że znajdujemy się w szponach władzy pewnej partii wespół w zespół z pewnym ojcem dyrektorem szastającymi życiem doczesnym i pozagrobowym Polaków. Taka wykładnia tego przedstawienia byłaby uwłaczająco prostacka zresztą. A chrześcijaństwo dawno utraciło kły i pazury, jego oddziaływanie przypomina dziś utyskiwanie starej ciotki – czasem dobitne i skuteczne, ale zazwyczaj dobrotliwie lub złośliwie ignorowane. W szerszej natomiast perspektywie doświadczamy nieuchronnego i coraz agresywniejszego działania pewnych sił, które po orwellowsku usiłują rzeźbić nasze myśli. Nazwijmy je poprawnością polityczną, postmarksistowskim dyskursem, „wartościami” Unii Europejskiej. Ideologia fałszuje ogląd rzeczywistości, dusi instynkt samozachowawczy i służy utrwalaniu władzy finansjery. Może nie jest zła sama z siebie, z pewnością są ludzie dobrzy wśród ją wyznających (tak, wyznających, bowiem zastąpiła ona tradycyjne religie), ale zbyt często staje się ona narzędziem manipulacji, wykorzystanym bez skrupułów przez grupy i jednostki pragnące pokierować naszym myśleniem i działaniem w celu dla nas niekorzystnym bynajmniej, nie wahające się użyć administracyjnych narzędzi przymusu, gdy im potrzeba. Czyli jest dokładnie tak, jak u Moliera. Tylko dziś takich Tartuffe’ów jest wielu i potrafią oni wykorzystać narzędzia takie jak środki masowej komunikacji. Na poparcie mojej tezy przychodzą mi pozajęzykowe znaki w spektaklu. Niektóre elementy strojów bohaterów nawiązują do lat 90tych, czasu, kiedy otworzyliśmy się na zachodnie ideologie, zachłystnęliśmy się nimi. Na poczesnym miejscu w domowym „ołtarzyku”, gdzie modlą się postaci, jest staromodny telewizor – monitor. To tak, jakby to z niego płynęła mądrość i natchnienie. I dezinformacja. Nawet figura Madonny – jej rozświetlone gwiazdy w aureoli – nieodparcie budzą dziś skojarzenia z flagą UE. Tartuffe jest ubrany w karminowy uniform. To kolor flagi komunistycznej, reprezentującej jedną z totalitarnych ideologii, prasującą mózgi „poddanych” w imię lepszego jutra i szczęścia dla każdego. Co prawda kształt stroju nawiązuje nieco do sutanny, ale równie dobrze do futurystycznego uniformu, jaki noszą bohaterowie wielu filmów science-fiction o antyutopiach. W finale natomiast okrywa się on bielą –  kamuflażem, tak jak wyżej wspomniane komunistyczne ideały w pozornie kapitalistycznym świecie.
Zmanipulowany fałszywą wykładnią ideologii Ojciec wprowadza do domu Obcego i faworyzuje go, lekceważąc dobrostan i bezpieczeństwo swojej rodziny. Prowadzi to do katastrofy domostwa, naraża jego żonę na molestowanie (mówiąc współczesnym językiem), jego samego na więzienie a jego dzieci na tułaczkę bądź akceptację katastrofalnego stanu rzeczy (w finale Córka oddana w ręce Obcego najwyraźniej zdradza objawy syndromu sztokholmskiego). I (UWAGA SPOILER!!!!) nie ma klasycznej perypetii i happy endu. Nie wiem, czy taka była intencja Moliera, czy faktycznie został zmuszony do dopisania radosnej sceny demaskującej łotra. Nieważne. Dla tego spektaklu tu i teraz brutalne przerwanie historii w najczarniejszym jej punkcie, gdy zło tryumfuje, jest świetnym rozwiązaniem. (Koniec spoileró.) Ma szansę wstrząsnąć widzem, który może częściej zacznie zadawać pytanie, „dlaczego” lub „po co” i „co z tego wyniknie”, zamiast bezmyślnie powtarzać wdrukowywane mu slogany przed ekranem. Bo dobrymi chęciami nie piekło brukowane, to nasz dzień codzienny od nich ciężki.
Premierowe przedstawienie okazało się być czymś dużo więcej niż próbą odczytania lektury szkolnej, sprowokowało całkiem zaskakujące wnioski. Co więcej, bardzo dobra gra aktorska wszystkich bez wyjątku*, kilka ciekawych rozwiązań scenograficznych (np. lina z uprzężą zamiast schodów na pięterko) czy choreograficznych (ciało ludzkie-marionetka), „bajeranckie” gadżety, jak balkonik używany przez niedołężne osoby – tu na kółkach umożliwiających postaci starszej pani na szusowanie po scenie, dziecięca orkiestra grająca na żywo muzykę do spektaklu, sprawiają, że „Świętoszek” ma szansę być propozycją dla każdego  - od nastolatka po dojrzałego widza zmęczonego chaosem informacyjnym.

*O kreacjach aktorskich szerzej pisze Krzysztof Sowiński w swoim blogu a ja sie z jego oceną tej warstwy całkowicie zgadzam, więc nie będę dublować głosu. Przeczytajcie sami:
https://bezprzeginania.blogspot.com/2018/02/metaswietoszek.html?m=1


niedziela, 14 stycznia 2018

Ciemności - recenzja spektaklu

Rzecz o nienaprawianiu ludzkości

Muszę się przyznać, że szłam na tę premierę z duszą na ramieniu. Po dwóch poprzednich, które moim zdaniem traktowały widza dość protekcjonalnie, sprzedając mu propagandową agitkę zamiast artystycznej stymulacji szarych komórek, spodziewałam się kolejnego dzieła, które ma pretensję wyrośnięcia wyżej niż służące mu za inspirację dzieło ojca dwudziestowiecznej powieści. Szczególnie że wokół Josepha Conrada narosło mnóstwo mitów, sprzecznych interpretacji. Zarzuca mu się czasem antypolskość, jednocześnie przyznając, że inspirował ludzi walczących o wolność naszego kraju. Nazywa rewolucjonistą, wytykając rasizm. I tym podobne. Na szczęście Twórcy „Ciemności” skupili się, może wzorem amerykańskiej szkoły New Criticism – a może nie, na dziele, dokonując próby odczytania jego przesłania i pozostawiając na boku spory o jego autora. I dzięki temu chyba w tym przedstawieniu, pozbawionym w tytule „jądra” ale posiadającym duże „cojones”, tak dużo ocalało z „Jądra ciemności” i idei samego pisarza.

Wsłuchując się w rozmowy prowadzone w mediach na zakończenie Roku Conrada – 2017, przykuło moją uwagę pewne zdanie, jak się zdaje cytat samego pisarza, słowa wygłoszone w kontekście H. G Wellsa, ale przyjmowane jako wskazanie różnicy między Conradem a socjalistami. Głosi ono, że Wells (i moim prywatnym zdaniem też Twórcy dwóch ostatnich premier w kieleckim teatrze) nie kocha ludzkości, ale uważa, że może ją ulepszyć, podczas gdy Conrad kocha ludzkość, wiedząc, że jest ona nie do naprawienia. Ten właśnie conradowski brak złudzeń co do kondycji człowieka przy jednoczesnym żywym zainteresowaniu jego losem jest tym, co zapamiętuje się ze spektaklu. Jednocześnie jednak „Ciemności” nie mają za cel pouczania nas, wskazywania jednej słusznej drogi, przeciwnie – w odtworzonym do bólu w tekście dramatu szumie informacyjnym, odbieranym codziennie przez przeciętnego użytkownika mediów społecznościowych, obrywa się po równo tym z lewej i prawej: korpo-zombie, „bojownikom” o prawa zwierząt i pracowników w Azji, aroganckim szefom molestującym podwładnych czy terroryzującym rodziny itp. Siłą dramatu (i kolejnym podobieństwem do dzieł Conrada) jest też to, że nie grzebie on wyłącznie w polskim podwórku, ale ma perspektywę kosmopolityczną, jednocześnie pozostając aktualnym i żywym dla widza tu i teraz.

I tu powstaje pytanie – jak powieść o jeszcze dziewiętnastowiecznym bohaterze może być żywa i aktualna dla współczesnego odbiorcy? Jak dzieło będące krytyką kolonializmu może być istotne dla odbiorcy w Polsce, którego przodkowie raczej pomagali, choćby po cichu, w emancypacji kolonii (Haiti) a nie podbijali i wyzyskiwali obce lądy? Tu Twórcom przyszły na pomoc może i oczywiste, ale warte wielokrotnego wyeksponowania paralele. Dychotomia: uciskający i uciskani jest widoczna w każdym przejawie życia w dwudziestym pierwszym wieku, wbrew pustym performatywom naprawiaczy świata. Pracodawca – pracownik, kredytodawca posiadający każdy metr kwadratowy domu kredytobiorcy, dominacja płci (wybranej  - w zależności od kontekstu: rząd macicy lub penisa), dostarczyciel produktu a konsument z jednej strony czy robotnik go produkujący w drugiej, globalne rządy jak najtaniej i jak najefektywniej a rosnąca – choć często deklaratywna wyłącznie empatia wobec innych gatunków. Czy ras. Lacanowski straszny Inny stanowi dopełnienie współczesnej sceny, choć ten motyw, jakkolwiek efektowny, najsłabiej do mnie przemawia.

Wreszcie, pora napisać o samej inscenizacji. Dychotomię świata symbolizują, stanowiące oszczędną (świetną) scenografię na tle onirycznych projekcji video: rytualny bęben, alegoryczne ujęcie świata pierwotnego, oraz fotel dentystyczny, trochę archaiczny, trochę przypominający wehikuł czasu z powieści wspomnianego wyżej nomen omen Wellsa, będący symbolem cywilizacji ale też faktycznie czymś w rodzaju wehikułu, pozwalającego bohaterom na swobodne pozostawanie w zawieszeniu w czasoprzestrzeni gdzieś pomiędzy wiekiem XIX a XXI. Ponieważ kluczowym zarzutem wobec człowieka wydaję się tu być hipokryzja i dwulicowość – główni bohaterowie, wzięci żywcem z Conrada – Marlowe i Kurtz – istnieją na scenie w dwóch postaciach, granych przez parę aktorów. W przypadku ulubionego bohatera angielsko-polskiego pisarza, Marlowe’a, Twórcy puszczają ironicznie oczko w stronę współczesnych aktywistów, czyniąc jego alter ego kobietą – wszak każdy z nas powinien odkryć w sobie wewnętrznego przedstawiciela drugiej płci, bez którego nigdy nie osiągniemy pełni naszej osobowości. (Puszczam oczko). W rozmowach po premierze usłyszałam zarzut, że spektaklowi brak fabuły. Nie mogę się z tym zgodzić. Spektakl odtwarza fabułę prozy Conrada: Marlowe, korzystając z protekcji ciotki z koneksjami, zdobywa posadę w Firmie (The Company – w starym przekładzie pewnie to było: w Kompanii), przyjmuje zadanie zbadania przypadku placówki firmy gdzieś na krańcu świata. Godzi się, wiedząc, że poprzednik zginął, umarł. Podróżuje statkiem w górę rzeki, zdobywając coraz więcej wiedzy o tajemniczym Kurtzu, relacjach obowiązujących w tym świecie i o sobie. Dochodzi do konfrontacji pomiędzy światem Kurtza a światem Marlowe’a. Tak w uproszczeniu, dla potrzeb bryku szkolnego. 

Społeczeństwo w świecie przedstawionym na scenie dzieli się na trzy grupy. Pierwsza to nieliczący się z nikim i z niczym, nieustannie rzucający wyzwanie regułom – tak-się-nie-robi – władcy, świadomi swojej istotnej roli w tym świecie, reprezentowani przez Ciotkę i Kurtzów – niby echa przeszłości (Kurtz starszy ma staromodne wdzianko i jest już trupioblady a ciotka nosi suknie z XIX wieku). Ale wyłamuje się z tego emploi drugi Kurtz, w golfiku i okularach budzących skojarzenia ze Stevem Jobsem. Czyli linia Panów nie wymarła. Druga grupa, reprezentowana przez pana i panią Marlowe to aspirujący do miana klasy średniej wyrobnicy-konsumenci. Pogardzani przez panów-pracodawców, zrobią wszystko, żeby zostać dostrzeżeni, docenieni i awansowani oczko w górę w tej grze. Poprawiają sobie humor, pozornie podnosząc swoją wartość jako człowiek, biorąc udział w prospołecznych akcjach na Fejsbuku. Wreszcie Ten Inny, a właściwie Ta, czasem przerażająca, kiedy popada w szał swoich rytuałów w blasku jarzeniowych mieczy, jednak potrójnie przynajmniej wyzyskiwana, jako przedstawiciel wyzyskiwanych nacji, uprzedmiotowiona kobieta, pracownik fizyczny najniższego szczebla. Czasem przyjmująca rolę dziecka (czyż panowie nie postrzegali swoich niewolników jak krnąbrne dzieci?) Naiwnie czasem wierząca w siły nadprzyrodzone przy jednoczesnym braku złudzeń co do swojej egzystencji. Czasem pozorująca ataki na „tych niby lepszych”. Stanowiąca wielki problem dla głoszących równość i walczących z wykluczeniem Marlowe’ów, nie potrafiących się przyznać – w przeciwieństwie do Kurtzów – że potrzebują służby, żeby trwać. Co jest zaskakujące, choć nie powinno być w kontekście Conrada, to fakt, że nie ma tu bohaterów pozytywnych. Wszyscy oni są albo odrażający albo żałośni. Dlatego żadna z opinii prezentowanych w dramacie nie może sobie rościć prawa do bycia tą słuszną. Mimo tego, mimo podkreślenia hipokryzji i inercji człowieka współczesnego, w spektaklu nie odczuwa się nuty potępienia. Raczej pozostaje smutek.


Podobało mi się też wreszcie w „Ciemnościach”, że często cytuje się literacki pierwowzór, czasem w odmiennym kontekście, ale że jednak nie odcina się pępowiny łączącej scenę z książką. Odbywa się to na poziomie opisu, jak w określaniu morza epitetem ołowiane, na poziomie fabularnym, choćby gdy bohaterowie znajdują się pod gradem strzał tubylców atakujących z brzegów rzeki. A na koniec chciałabym pogratulować Zespołowi, który tak naprawdę nie jest zespołem. Aktorzy pracujący w tej koprodukcji pochodzą z różnych teatrów i miast, jednak w krótkim czasie zdołali stworzyć jednorodną jakość. Z każdym przedstawieniem będzie coraz lepiej.

Mimo absolutnie nowych środków wyrazu, duch „Jądra ciemności” nawiedził scenę teatralną a Conrad chyba nie przewrócił się w trumnie.

PS

Proszę wybaczyć nie podawanie nazwisk, nie chcąc dokładać szumu informacyjnego od siebie, zainteresowanych odsyłam do linku na stronę teatralną, gdzie można sobie przeczytać pełną ‘listę płac’ 😊

sobota, 30 grudnia 2017

Crumbs of a gingerbread heart
Shared with a stranger
Over a coffee given away
Just on this long night
Does anyone share?
Share hopes and fears
Hidden in wishes
Merry Christmas everyone
Memory and holy silence
And even that tree
Scarred with an iron cross
Nailed to it long ago
When it still dreamt of
Reaching heaven
Will happily welcome

The baby tonight


Okruszki piernikowego serca
Przełamane z nieznajomym 
Nad darmową kawą rozdawaną
Tylko w tę długą noc 
Czy ktoś się dzieli 

Dzieli nadzieją i strachem
Ukrytymi w życzeniach 
Wesołych Świąt dla Wszystkich

Pamięć i święta cisza 
I nawet to drzewo
Z blizną po krzyżu żelaznym 
Ktory ktoś przygwoździł dawno temu
Gdy wciąż śniło
O sięgnięciu nieba
Wesoło powita 
Dziecinę dziś wieczorem

poniedziałek, 18 grudnia 2017

Recenzja spektaklu „1946” (o pogromie Żydów w Kielcach i nie tylko)

Wiersz NIE POWINIEN być DOBRZE rozumiany jako całość, lecz tylko pobłyskiwać sensami na prawie domysłów.”
Mnie po prostu apodyktyczność freudystów drażni, podawanie koniektur i supozycji za pewniki, i TON wykładu, jako Objawienia Absolutnej Prawdy.”
Widać stan wyjątkowy, genocydalny, stanowi constans, zupełną normę historii naszego przemiłego gatunku.” (S. Lem)



Dramatis personae:

Kielczanie - grupa ludzi w strojach z XX i XXI wieku 
Twórcy - młodzi i błyskotliwi 


Zmuszani do powtarzania



I znowu. Znowu „przyjezdni” włożyli w ręce Kielczan żeberka od kaloryfera i w makiawelicznym zagraniu, tym razem zachęcając do zabawy i współtworzenia spektaklu, sprawili, że widzowie najnowszego spektaklu w Teatrze im. S Żeromskiego w Kielcach przyczynili się do mordu  na scenie. Manipulacja – nie raz obserwowaliśmy jak bezwolna potrafi być grupa ludzi, jak łatwo wmówić tłumowi inne od prawdziwych motywacje. Manipulacja (sama z siebie w jakimś stopniu w teatrze konieczna) mająca zgromadzonym unaocznić że mieszkańcy tego miasta byli mordercami. Część pewnie była, część – bo nawet z symbolicznego łańcucha „podawania śmierci” w trakcie przedstawienia niektórzy się wyłączyli (jak ja). Jednak, czy niosący żeberka byli winni? I czy my też tę winę niesiemy? Kto jest odpowiedzialny? Ten kto zmanipulował tłum (rozhisteryzowana grupa antysemitów a może nowa władza, w powszechnym strachu postrzegająca źródło swojej siły?) czy właściciel ramienia robiącego zamach metalowym narzędziem zbrodni? Pytania konieczne, ponadczasowe, uniwersalne. Jednakże autorzy spektaklu, mimo bombardowania nas bodźcami i pozornej mnogości tropów, mają gdzieś ponowoczesną mnogość interpretacji i nie pozostawiają złudzeń – winni jesteśmy my wszyscy, którzy nie poddajemy się mainstreamowej pedagogice wstydu. A Kielce w tej propozycji to jakieś jądro ciemności na mapie świata.

Kilka łopatologicznych scen zamienia ten nieźle zapowiadający się spektakl w propagandową agitkę. A sztuka kończy się tam, gdzie zaczyna propaganda. W zamierzeniu „1946” miał stawiać pytania... Jednak nawet z samego tekstu scenicznego płynie lekcja o pytaniach, które, umiejętnie postawione, nie pozostawiają cienia wątpliwości, jaka jest odpowiedź. I takim właśnie pytaniem jest „1946”  mamy nie mieć wątpliwości, jak na nie odpowiedzieć. A kto by miał... Tu też spektakl nie zostawia pola na indywidualne interpretacje. Wprost stwierdza, że każdy kto poddaje w wątpliwość pokazane tu „fakty” (za chwilę wyjaśnię skąd cudzysłów), kto wątpi i szuka drugiego dna jest wyznawcą teorii spiskowych, ergo faszystą (sic). A jeśli ktoś nie boi się widma faszyzmu, na wszelki wypadek wyżej opisanych ludzi w banalnym quasi-freudowskim monologu zdiagnozowano jako „walking dead” a następnie ośmieszono w stylistycznie odległej od całości i nieco niesmacznej w kontekście ukazywanych archiwalnych zdjęć prawdziwych ofiar pogromu scenie ukazującej robienie filmu o zombie.

Twórcy doskonale odrobili pracę domową, przestudiowali stosy dokumentów i literatury, dotarli do osób pozornie niezwiązanych z wydarzeniami, zbudowali paralele diachroniczne, od bodaj wieku XIV do dziś, znaleźli powiązania między wydarzeniami a postaciami takimi jak Stanisław Lem czy Andrzej Duda. A następnie, zamiast skomponować polifonię, prezentują utwór na głos solo, promujący tylko jedną wykładnie wydarzeń z ulicy Planty. Te „prawdziwą”? Przecież „narracje historyczne są interpretacjami rzeczywistości” (Frank Ankersmit). Zatem prawdzie służyłby właśnie wielogłos. Oczywiście, Twórcy powiedzą, że nie są historykami a artystami. Że nie robią dokumentu a otwarte na interpretacje dzieło. Jak już napisałam wyżej, to ostatnie im nie wyszło. Jak już pisałam nieraz, zasadniczo nie lubię teatru postdramatycznego. Między innymi dlatego, że zezwala, a nawet promuje, mieszanie tekstu literackiego, literatury faktu, odautorskich refleksji a nawet odaktorskich reminiscencji. Któraż to u nas propozycja tego typu? Jednak wielkość takiego teatru ujawnia się w takim doborze składników, które pozwolą widzowi na odczucie tego DRESZCZU, na uniwersalną refleksję na temat życia, wszechświata i całej reszty. Jeżeli przedstawienie jest zbyt zakotwiczone w jednej rzeczywistości, jeśli wybija się jedna wykładnia całości, taki koktajl faktów i fikcji zamiast (ponoć nieistniejącej czy też źle przez nas pojmowanej ale nadal nośnej) katharsis, wywołuje pomieszanie, intelektualno-emocjonalną czkawkę i ból głowy. Jak tu polemizować z czymkolwiek, nawet narażając się na zarzut bycia zombie-faszystą? Powiem – brakuje faktów – odpowiedzą – to nie dokument. Powiem – ja interpretuję to inaczej – rzekną – ale takie są fakty...

Spektakl jest imponujący. Świetnie skomponowany, koncertowo zagrany w arcydobrej scenografii. Cóż, jednak tak świetna kompozycja wydobywa walory pedagogiczne a nie artystyczne dzieła. Nachalne zachęcanie publiczności do bicia się w pierś, do odrzucenia wyparcia, do przyznania się, że odpowiadamy za czyny tamtych Kielczan, niezależnie, czy byliśmy z nimi spokrewnieni. No, dobrze, może lęk przed obcym, potrzeba ekspansji i agresja, połączone z łatwym uleganiem presji tłumu są częścią historii całej ludzkości. Może, choć ja osobiście wyrzucam sobie niezdolność do czynów gwałtownych i wstręt organiczny przed odbieraniem życia nawet muszce. Skoro to takie uniwersalne, czemu reżyser nakazuje aktorom długo i oskarżycielsko wpatrywać się w zgromadzoną tu publiczność i z upodobaniem przypominać topografię tych ulic? Nachalna teza, że uświadomienie sobie naszej tu winy nas wyzwoli nie podoba mi się. Zamiast grożącego paluszka ze sceny, wolę, kiedy refleksja nad moją kondycją i jak teatr wpłynął na zmianę mojego horyzontu myślowego przychodzi później, w domu, w fotelu, kiedy raz jeszcze delektuję się scenami w mojej głowie.
I refleksja ostatnia. Skoro ci Kielczanie to zło kumulujące się od pokoleń, skoro oddychamy w tym mieście gwałtem i wyparciem, to po co tu przyjeżdżać robić sztukę? No, bo jeśli mamy odpowiedzialność zbiorową, to wzięcie honorarium za ten spektakl z kasy finansowanej przez tych kieleckich „walking dead” stawia Twórców w jednym szeregu z pracownikami Huty Ludwików. Jak się Państwo czują z tym żeliwnym żeberkiem w ręku?


Ps Polecam lekturę blogu bez przeginania ( http://bezprzeginania.blogspot.com/2017/12/kiedy-sysze-sowo-faszyzm.html ). Tam szerzej kontekst historyczny, który ja pominęłam.