niedziela, 25 lutego 2018

Przeciwko wyroczniom…. Recenzja „Świętoszka"


Przeciwko wyroczniom….

Recenzja „Świętoszka”

Idąc do teatru im. S. Żeromskiego w Kielcach na spektakl w reżyserii debiutantki Ewy Rucińskiej  zastanawiałam się z jednej strony nad sensem adaptacji ramotki ze spisu szkolnych lektur a z drugiej nad wybraniem właśnie tego dramatu. Dlaczego „Świętoszek” a nie „Skąpiec”? Od biorących się za klasykę współcześnie widz często oczekuje nowego odczytania, od teatru w ogóle oczekujemy (no ja przynajmniej) pewnej świeżości spojrzenia, pójścia pod prąd. Gdy każdy mędrek na mediach społecznościowych zbiera ‘lajki’ krytykując kościół, w czasach ogólnej ‘katolofobii’, rozkwitu ateizmu oraz mody na pogaństwo, wystawianie tego dzieła Moliere’a wydaje się pójściem na łatwiznę. Czy nie odważniej byłoby przy pomocy „Skąpca” nadgryźć panowanie banków, które poprzez usta celebrytów chwalących branie kredytów, kształtujących modę na „sprytne oszczędzanie” i tym podobne, uczyniły z nas niewolników bez własności? … Takie miałam myśli idąc na premierę. A teraz będą pochwały.
Żyjemy w epoce teatru ponowoczesnego, w którym ostatecznym kryterium doboru elementów-znaków języka przedstawienia wydaję się być „bo tak” jego twórców. Bardzo mnie to drażni, bo ja lubię, kiedy każdy element jest subtelnie uplecionym składnikiem siatki znaczeń. Być może – a nawet na pewno – inaczej interpretowanym przez rzeczonych twórców i ich odbiorców, ale jednak ZNACZĄCYM. Pamiętam jak przez mgłę pewien spektakl dawno temu, chyba „Niebezpieczne związki”, w który został wpleciony fragment piosenki „Eleanor Rigby”, jego tłumaczenie. Zmieniono w nim cerowanie skarpetek na pranie. Wtedy jeszcze miałam złudzenia, że pastor PIORĄCY skarpetki musi nieść jakieś ukryte tropy. Pobiegłam zapytać tłumacza (?), dramaturga (?) i otrzymałam odpowiedź, którą później słyszałam w teatrze wiele razy, dopóki nie przestałam pytać: „bo tak”.
Na tym tle adaptacja „Świętoszka” wyróżnia się na plus. Elementy tekstu (świetne tłumaczenie, podane przez aktorów w sposób naturalny, mimo że dawno z naszej sceny nie płynął tekst wierszowany), skrzącego się zdaniami godnymi cytowania w komentarzach do zdarzeń nam współczesnych, scenografii i kostiumów wydają się bardzo spójnie skonstruowane (choć to chyba obelga w czasach tryumfu dekonstrukcji?) i podsuwają zaskakująco aktualne i nieoczywiste na pierwszy rzut oka wykładnie tego spektaklu. Zdaję sobie sprawę, że może uległam złudzeniu, że może intentio auctoris odbiega od mojego prywatnego intentio lectoris, przefiltrowanego przez moje osobiste fobie i przemyślenia, jednakże tym razem intentio operis zdaje się wygrywać i oto „o czym jest to przedstawienie”:
Na początku spektaklu świetny jak zawsze Edward Janaszek przekazuje nam prośbę samego Moliera o nietraktowanie jego dramatu jako opowieści o konkretnych osobach a jedynie jako krytyki postaw. Nie nazywa jednak tych postaw po imieniu. Z perspektywy wieków Molier może nabrać bardzo uniwersalnego odczytania. Zwalczał on bowiem słowem terroryzujących obywateli manipulantów, którzy wykorzystywali ideologię ówcześnie ściśle związaną z władzą. I tu mój horyzont myślowy krzyżuje się z molierowskim. Nie uważam bowiem, że znajdujemy się w szponach władzy pewnej partii wespół w zespół z pewnym ojcem dyrektorem szastającymi życiem doczesnym i pozagrobowym Polaków. Taka wykładnia tego przedstawienia byłaby uwłaczająco prostacka zresztą. A chrześcijaństwo dawno utraciło kły i pazury, jego oddziaływanie przypomina dziś utyskiwanie starej ciotki – czasem dobitne i skuteczne, ale zazwyczaj dobrotliwie lub złośliwie ignorowane. W szerszej natomiast perspektywie doświadczamy nieuchronnego i coraz agresywniejszego działania pewnych sił, które po orwellowsku usiłują rzeźbić nasze myśli. Nazwijmy je poprawnością polityczną, postmarksistowskim dyskursem, „wartościami” Unii Europejskiej. Ideologia fałszuje ogląd rzeczywistości, dusi instynkt samozachowawczy i służy utrwalaniu władzy finansjery. Może nie jest zła sama z siebie, z pewnością są ludzie dobrzy wśród ją wyznających (tak, wyznających, bowiem zastąpiła ona tradycyjne religie), ale zbyt często staje się ona narzędziem manipulacji, wykorzystanym bez skrupułów przez grupy i jednostki pragnące pokierować naszym myśleniem i działaniem w celu dla nas niekorzystnym bynajmniej, nie wahające się użyć administracyjnych narzędzi przymusu, gdy im potrzeba. Czyli jest dokładnie tak, jak u Moliera. Tylko dziś takich Tartuffe’ów jest wielu i potrafią oni wykorzystać narzędzia takie jak środki masowej komunikacji. Na poparcie mojej tezy przychodzą mi pozajęzykowe znaki w spektaklu. Niektóre elementy strojów bohaterów nawiązują do lat 90tych, czasu, kiedy otworzyliśmy się na zachodnie ideologie, zachłystnęliśmy się nimi. Na poczesnym miejscu w domowym „ołtarzyku”, gdzie modlą się postaci, jest staromodny telewizor – monitor. To tak, jakby to z niego płynęła mądrość i natchnienie. I dezinformacja. Nawet figura Madonny – jej rozświetlone gwiazdy w aureoli – nieodparcie budzą dziś skojarzenia z flagą UE. Tartuffe jest ubrany w karminowy uniform. To kolor flagi komunistycznej, reprezentującej jedną z totalitarnych ideologii, prasującą mózgi „poddanych” w imię lepszego jutra i szczęścia dla każdego. Co prawda kształt stroju nawiązuje nieco do sutanny, ale równie dobrze do futurystycznego uniformu, jaki noszą bohaterowie wielu filmów science-fiction o antyutopiach. W finale natomiast okrywa się on bielą –  kamuflażem, tak jak wyżej wspomniane komunistyczne ideały w pozornie kapitalistycznym świecie.
Zmanipulowany fałszywą wykładnią ideologii Ojciec wprowadza do domu Obcego i faworyzuje go, lekceważąc dobrostan i bezpieczeństwo swojej rodziny. Prowadzi to do katastrofy domostwa, naraża jego żonę na molestowanie (mówiąc współczesnym językiem), jego samego na więzienie a jego dzieci na tułaczkę bądź akceptację katastrofalnego stanu rzeczy (w finale Córka oddana w ręce Obcego najwyraźniej zdradza objawy syndromu sztokholmskiego). I (UWAGA SPOILER!!!!) nie ma klasycznej perypetii i happy endu. Nie wiem, czy taka była intencja Moliera, czy faktycznie został zmuszony do dopisania radosnej sceny demaskującej łotra. Nieważne. Dla tego spektaklu tu i teraz brutalne przerwanie historii w najczarniejszym jej punkcie, gdy zło tryumfuje, jest świetnym rozwiązaniem. (Koniec spoileró.) Ma szansę wstrząsnąć widzem, który może częściej zacznie zadawać pytanie, „dlaczego” lub „po co” i „co z tego wyniknie”, zamiast bezmyślnie powtarzać wdrukowywane mu slogany przed ekranem. Bo dobrymi chęciami nie piekło brukowane, to nasz dzień codzienny od nich ciężki.
Premierowe przedstawienie okazało się być czymś dużo więcej niż próbą odczytania lektury szkolnej, sprowokowało całkiem zaskakujące wnioski. Co więcej, bardzo dobra gra aktorska wszystkich bez wyjątku*, kilka ciekawych rozwiązań scenograficznych (np. lina z uprzężą zamiast schodów na pięterko) czy choreograficznych (ciało ludzkie-marionetka), „bajeranckie” gadżety, jak balkonik używany przez niedołężne osoby – tu na kółkach umożliwiających postaci starszej pani na szusowanie po scenie, dziecięca orkiestra grająca na żywo muzykę do spektaklu, sprawiają, że „Świętoszek” ma szansę być propozycją dla każdego  - od nastolatka po dojrzałego widza zmęczonego chaosem informacyjnym.

*O kreacjach aktorskich szerzej pisze Krzysztof Sowiński w swoim blogu a ja sie z jego oceną tej warstwy całkowicie zgadzam, więc nie będę dublować głosu. Przeczytajcie sami:
https://bezprzeginania.blogspot.com/2018/02/metaswietoszek.html?m=1


niedziela, 14 stycznia 2018

Ciemności - recenzja spektaklu

Rzecz o nienaprawianiu ludzkości

Muszę się przyznać, że szłam na tę premierę z duszą na ramieniu. Po dwóch poprzednich, które moim zdaniem traktowały widza dość protekcjonalnie, sprzedając mu propagandową agitkę zamiast artystycznej stymulacji szarych komórek, spodziewałam się kolejnego dzieła, które ma pretensję wyrośnięcia wyżej niż służące mu za inspirację dzieło ojca dwudziestowiecznej powieści. Szczególnie że wokół Josepha Conrada narosło mnóstwo mitów, sprzecznych interpretacji. Zarzuca mu się czasem antypolskość, jednocześnie przyznając, że inspirował ludzi walczących o wolność naszego kraju. Nazywa rewolucjonistą, wytykając rasizm. I tym podobne. Na szczęście Twórcy „Ciemności” skupili się, może wzorem amerykańskiej szkoły New Criticism – a może nie, na dziele, dokonując próby odczytania jego przesłania i pozostawiając na boku spory o jego autora. I dzięki temu chyba w tym przedstawieniu, pozbawionym w tytule „jądra” ale posiadającym duże „cojones”, tak dużo ocalało z „Jądra ciemności” i idei samego pisarza.

Wsłuchując się w rozmowy prowadzone w mediach na zakończenie Roku Conrada – 2017, przykuło moją uwagę pewne zdanie, jak się zdaje cytat samego pisarza, słowa wygłoszone w kontekście H. G Wellsa, ale przyjmowane jako wskazanie różnicy między Conradem a socjalistami. Głosi ono, że Wells (i moim prywatnym zdaniem też Twórcy dwóch ostatnich premier w kieleckim teatrze) nie kocha ludzkości, ale uważa, że może ją ulepszyć, podczas gdy Conrad kocha ludzkość, wiedząc, że jest ona nie do naprawienia. Ten właśnie conradowski brak złudzeń co do kondycji człowieka przy jednoczesnym żywym zainteresowaniu jego losem jest tym, co zapamiętuje się ze spektaklu. Jednocześnie jednak „Ciemności” nie mają za cel pouczania nas, wskazywania jednej słusznej drogi, przeciwnie – w odtworzonym do bólu w tekście dramatu szumie informacyjnym, odbieranym codziennie przez przeciętnego użytkownika mediów społecznościowych, obrywa się po równo tym z lewej i prawej: korpo-zombie, „bojownikom” o prawa zwierząt i pracowników w Azji, aroganckim szefom molestującym podwładnych czy terroryzującym rodziny itp. Siłą dramatu (i kolejnym podobieństwem do dzieł Conrada) jest też to, że nie grzebie on wyłącznie w polskim podwórku, ale ma perspektywę kosmopolityczną, jednocześnie pozostając aktualnym i żywym dla widza tu i teraz.

I tu powstaje pytanie – jak powieść o jeszcze dziewiętnastowiecznym bohaterze może być żywa i aktualna dla współczesnego odbiorcy? Jak dzieło będące krytyką kolonializmu może być istotne dla odbiorcy w Polsce, którego przodkowie raczej pomagali, choćby po cichu, w emancypacji kolonii (Haiti) a nie podbijali i wyzyskiwali obce lądy? Tu Twórcom przyszły na pomoc może i oczywiste, ale warte wielokrotnego wyeksponowania paralele. Dychotomia: uciskający i uciskani jest widoczna w każdym przejawie życia w dwudziestym pierwszym wieku, wbrew pustym performatywom naprawiaczy świata. Pracodawca – pracownik, kredytodawca posiadający każdy metr kwadratowy domu kredytobiorcy, dominacja płci (wybranej  - w zależności od kontekstu: rząd macicy lub penisa), dostarczyciel produktu a konsument z jednej strony czy robotnik go produkujący w drugiej, globalne rządy jak najtaniej i jak najefektywniej a rosnąca – choć często deklaratywna wyłącznie empatia wobec innych gatunków. Czy ras. Lacanowski straszny Inny stanowi dopełnienie współczesnej sceny, choć ten motyw, jakkolwiek efektowny, najsłabiej do mnie przemawia.

Wreszcie, pora napisać o samej inscenizacji. Dychotomię świata symbolizują, stanowiące oszczędną (świetną) scenografię na tle onirycznych projekcji video: rytualny bęben, alegoryczne ujęcie świata pierwotnego, oraz fotel dentystyczny, trochę archaiczny, trochę przypominający wehikuł czasu z powieści wspomnianego wyżej nomen omen Wellsa, będący symbolem cywilizacji ale też faktycznie czymś w rodzaju wehikułu, pozwalającego bohaterom na swobodne pozostawanie w zawieszeniu w czasoprzestrzeni gdzieś pomiędzy wiekiem XIX a XXI. Ponieważ kluczowym zarzutem wobec człowieka wydaję się tu być hipokryzja i dwulicowość – główni bohaterowie, wzięci żywcem z Conrada – Marlowe i Kurtz – istnieją na scenie w dwóch postaciach, granych przez parę aktorów. W przypadku ulubionego bohatera angielsko-polskiego pisarza, Marlowe’a, Twórcy puszczają ironicznie oczko w stronę współczesnych aktywistów, czyniąc jego alter ego kobietą – wszak każdy z nas powinien odkryć w sobie wewnętrznego przedstawiciela drugiej płci, bez którego nigdy nie osiągniemy pełni naszej osobowości. (Puszczam oczko). W rozmowach po premierze usłyszałam zarzut, że spektaklowi brak fabuły. Nie mogę się z tym zgodzić. Spektakl odtwarza fabułę prozy Conrada: Marlowe, korzystając z protekcji ciotki z koneksjami, zdobywa posadę w Firmie (The Company – w starym przekładzie pewnie to było: w Kompanii), przyjmuje zadanie zbadania przypadku placówki firmy gdzieś na krańcu świata. Godzi się, wiedząc, że poprzednik zginął, umarł. Podróżuje statkiem w górę rzeki, zdobywając coraz więcej wiedzy o tajemniczym Kurtzu, relacjach obowiązujących w tym świecie i o sobie. Dochodzi do konfrontacji pomiędzy światem Kurtza a światem Marlowe’a. Tak w uproszczeniu, dla potrzeb bryku szkolnego. 

Społeczeństwo w świecie przedstawionym na scenie dzieli się na trzy grupy. Pierwsza to nieliczący się z nikim i z niczym, nieustannie rzucający wyzwanie regułom – tak-się-nie-robi – władcy, świadomi swojej istotnej roli w tym świecie, reprezentowani przez Ciotkę i Kurtzów – niby echa przeszłości (Kurtz starszy ma staromodne wdzianko i jest już trupioblady a ciotka nosi suknie z XIX wieku). Ale wyłamuje się z tego emploi drugi Kurtz, w golfiku i okularach budzących skojarzenia ze Stevem Jobsem. Czyli linia Panów nie wymarła. Druga grupa, reprezentowana przez pana i panią Marlowe to aspirujący do miana klasy średniej wyrobnicy-konsumenci. Pogardzani przez panów-pracodawców, zrobią wszystko, żeby zostać dostrzeżeni, docenieni i awansowani oczko w górę w tej grze. Poprawiają sobie humor, pozornie podnosząc swoją wartość jako człowiek, biorąc udział w prospołecznych akcjach na Fejsbuku. Wreszcie Ten Inny, a właściwie Ta, czasem przerażająca, kiedy popada w szał swoich rytuałów w blasku jarzeniowych mieczy, jednak potrójnie przynajmniej wyzyskiwana, jako przedstawiciel wyzyskiwanych nacji, uprzedmiotowiona kobieta, pracownik fizyczny najniższego szczebla. Czasem przyjmująca rolę dziecka (czyż panowie nie postrzegali swoich niewolników jak krnąbrne dzieci?) Naiwnie czasem wierząca w siły nadprzyrodzone przy jednoczesnym braku złudzeń co do swojej egzystencji. Czasem pozorująca ataki na „tych niby lepszych”. Stanowiąca wielki problem dla głoszących równość i walczących z wykluczeniem Marlowe’ów, nie potrafiących się przyznać – w przeciwieństwie do Kurtzów – że potrzebują służby, żeby trwać. Co jest zaskakujące, choć nie powinno być w kontekście Conrada, to fakt, że nie ma tu bohaterów pozytywnych. Wszyscy oni są albo odrażający albo żałośni. Dlatego żadna z opinii prezentowanych w dramacie nie może sobie rościć prawa do bycia tą słuszną. Mimo tego, mimo podkreślenia hipokryzji i inercji człowieka współczesnego, w spektaklu nie odczuwa się nuty potępienia. Raczej pozostaje smutek.


Podobało mi się też wreszcie w „Ciemnościach”, że często cytuje się literacki pierwowzór, czasem w odmiennym kontekście, ale że jednak nie odcina się pępowiny łączącej scenę z książką. Odbywa się to na poziomie opisu, jak w określaniu morza epitetem ołowiane, na poziomie fabularnym, choćby gdy bohaterowie znajdują się pod gradem strzał tubylców atakujących z brzegów rzeki. A na koniec chciałabym pogratulować Zespołowi, który tak naprawdę nie jest zespołem. Aktorzy pracujący w tej koprodukcji pochodzą z różnych teatrów i miast, jednak w krótkim czasie zdołali stworzyć jednorodną jakość. Z każdym przedstawieniem będzie coraz lepiej.

Mimo absolutnie nowych środków wyrazu, duch „Jądra ciemności” nawiedził scenę teatralną a Conrad chyba nie przewrócił się w trumnie.

PS

Proszę wybaczyć nie podawanie nazwisk, nie chcąc dokładać szumu informacyjnego od siebie, zainteresowanych odsyłam do linku na stronę teatralną, gdzie można sobie przeczytać pełną ‘listę płac’ 😊

sobota, 30 grudnia 2017

Crumbs of a gingerbread heart
Shared with a stranger
Over a coffee given away
Just on this long night
Does anyone share?
Share hopes and fears
Hidden in wishes
Merry Christmas everyone
Memory and holy silence
And even that tree
Scarred with an iron cross
Nailed to it long ago
When it still dreamt of
Reaching heaven
Will happily welcome

The baby tonight


Okruszki piernikowego serca
Przełamane z nieznajomym 
Nad darmową kawą rozdawaną
Tylko w tę długą noc 
Czy ktoś się dzieli 

Dzieli nadzieją i strachem
Ukrytymi w życzeniach 
Wesołych Świąt dla Wszystkich

Pamięć i święta cisza 
I nawet to drzewo
Z blizną po krzyżu żelaznym 
Ktory ktoś przygwoździł dawno temu
Gdy wciąż śniło
O sięgnięciu nieba
Wesoło powita 
Dziecinę dziś wieczorem

poniedziałek, 18 grudnia 2017

Recenzja spektaklu „1946” (o pogromie Żydów w Kielcach i nie tylko)

Wiersz NIE POWINIEN być DOBRZE rozumiany jako całość, lecz tylko pobłyskiwać sensami na prawie domysłów.”
Mnie po prostu apodyktyczność freudystów drażni, podawanie koniektur i supozycji za pewniki, i TON wykładu, jako Objawienia Absolutnej Prawdy.”
Widać stan wyjątkowy, genocydalny, stanowi constans, zupełną normę historii naszego przemiłego gatunku.” (S. Lem)



Dramatis personae:

Kielczanie - grupa ludzi w strojach z XX i XXI wieku 
Twórcy - młodzi i błyskotliwi 


Zmuszani do powtarzania



I znowu. Znowu „przyjezdni” włożyli w ręce Kielczan żeberka od kaloryfera i w makiawelicznym zagraniu, tym razem zachęcając do zabawy i współtworzenia spektaklu, sprawili, że widzowie najnowszego spektaklu w Teatrze im. S Żeromskiego w Kielcach przyczynili się do mordu  na scenie. Manipulacja – nie raz obserwowaliśmy jak bezwolna potrafi być grupa ludzi, jak łatwo wmówić tłumowi inne od prawdziwych motywacje. Manipulacja (sama z siebie w jakimś stopniu w teatrze konieczna) mająca zgromadzonym unaocznić że mieszkańcy tego miasta byli mordercami. Część pewnie była, część – bo nawet z symbolicznego łańcucha „podawania śmierci” w trakcie przedstawienia niektórzy się wyłączyli (jak ja). Jednak, czy niosący żeberka byli winni? I czy my też tę winę niesiemy? Kto jest odpowiedzialny? Ten kto zmanipulował tłum (rozhisteryzowana grupa antysemitów a może nowa władza, w powszechnym strachu postrzegająca źródło swojej siły?) czy właściciel ramienia robiącego zamach metalowym narzędziem zbrodni? Pytania konieczne, ponadczasowe, uniwersalne. Jednakże autorzy spektaklu, mimo bombardowania nas bodźcami i pozornej mnogości tropów, mają gdzieś ponowoczesną mnogość interpretacji i nie pozostawiają złudzeń – winni jesteśmy my wszyscy, którzy nie poddajemy się mainstreamowej pedagogice wstydu. A Kielce w tej propozycji to jakieś jądro ciemności na mapie świata.

Kilka łopatologicznych scen zamienia ten nieźle zapowiadający się spektakl w propagandową agitkę. A sztuka kończy się tam, gdzie zaczyna propaganda. W zamierzeniu „1946” miał stawiać pytania... Jednak nawet z samego tekstu scenicznego płynie lekcja o pytaniach, które, umiejętnie postawione, nie pozostawiają cienia wątpliwości, jaka jest odpowiedź. I takim właśnie pytaniem jest „1946”  mamy nie mieć wątpliwości, jak na nie odpowiedzieć. A kto by miał... Tu też spektakl nie zostawia pola na indywidualne interpretacje. Wprost stwierdza, że każdy kto poddaje w wątpliwość pokazane tu „fakty” (za chwilę wyjaśnię skąd cudzysłów), kto wątpi i szuka drugiego dna jest wyznawcą teorii spiskowych, ergo faszystą (sic). A jeśli ktoś nie boi się widma faszyzmu, na wszelki wypadek wyżej opisanych ludzi w banalnym quasi-freudowskim monologu zdiagnozowano jako „walking dead” a następnie ośmieszono w stylistycznie odległej od całości i nieco niesmacznej w kontekście ukazywanych archiwalnych zdjęć prawdziwych ofiar pogromu scenie ukazującej robienie filmu o zombie.

Twórcy doskonale odrobili pracę domową, przestudiowali stosy dokumentów i literatury, dotarli do osób pozornie niezwiązanych z wydarzeniami, zbudowali paralele diachroniczne, od bodaj wieku XIV do dziś, znaleźli powiązania między wydarzeniami a postaciami takimi jak Stanisław Lem czy Andrzej Duda. A następnie, zamiast skomponować polifonię, prezentują utwór na głos solo, promujący tylko jedną wykładnie wydarzeń z ulicy Planty. Te „prawdziwą”? Przecież „narracje historyczne są interpretacjami rzeczywistości” (Frank Ankersmit). Zatem prawdzie służyłby właśnie wielogłos. Oczywiście, Twórcy powiedzą, że nie są historykami a artystami. Że nie robią dokumentu a otwarte na interpretacje dzieło. Jak już napisałam wyżej, to ostatnie im nie wyszło. Jak już pisałam nieraz, zasadniczo nie lubię teatru postdramatycznego. Między innymi dlatego, że zezwala, a nawet promuje, mieszanie tekstu literackiego, literatury faktu, odautorskich refleksji a nawet odaktorskich reminiscencji. Któraż to u nas propozycja tego typu? Jednak wielkość takiego teatru ujawnia się w takim doborze składników, które pozwolą widzowi na odczucie tego DRESZCZU, na uniwersalną refleksję na temat życia, wszechświata i całej reszty. Jeżeli przedstawienie jest zbyt zakotwiczone w jednej rzeczywistości, jeśli wybija się jedna wykładnia całości, taki koktajl faktów i fikcji zamiast (ponoć nieistniejącej czy też źle przez nas pojmowanej ale nadal nośnej) katharsis, wywołuje pomieszanie, intelektualno-emocjonalną czkawkę i ból głowy. Jak tu polemizować z czymkolwiek, nawet narażając się na zarzut bycia zombie-faszystą? Powiem – brakuje faktów – odpowiedzą – to nie dokument. Powiem – ja interpretuję to inaczej – rzekną – ale takie są fakty...

Spektakl jest imponujący. Świetnie skomponowany, koncertowo zagrany w arcydobrej scenografii. Cóż, jednak tak świetna kompozycja wydobywa walory pedagogiczne a nie artystyczne dzieła. Nachalne zachęcanie publiczności do bicia się w pierś, do odrzucenia wyparcia, do przyznania się, że odpowiadamy za czyny tamtych Kielczan, niezależnie, czy byliśmy z nimi spokrewnieni. No, dobrze, może lęk przed obcym, potrzeba ekspansji i agresja, połączone z łatwym uleganiem presji tłumu są częścią historii całej ludzkości. Może, choć ja osobiście wyrzucam sobie niezdolność do czynów gwałtownych i wstręt organiczny przed odbieraniem życia nawet muszce. Skoro to takie uniwersalne, czemu reżyser nakazuje aktorom długo i oskarżycielsko wpatrywać się w zgromadzoną tu publiczność i z upodobaniem przypominać topografię tych ulic? Nachalna teza, że uświadomienie sobie naszej tu winy nas wyzwoli nie podoba mi się. Zamiast grożącego paluszka ze sceny, wolę, kiedy refleksja nad moją kondycją i jak teatr wpłynął na zmianę mojego horyzontu myślowego przychodzi później, w domu, w fotelu, kiedy raz jeszcze delektuję się scenami w mojej głowie.
I refleksja ostatnia. Skoro ci Kielczanie to zło kumulujące się od pokoleń, skoro oddychamy w tym mieście gwałtem i wyparciem, to po co tu przyjeżdżać robić sztukę? No, bo jeśli mamy odpowiedzialność zbiorową, to wzięcie honorarium za ten spektakl z kasy finansowanej przez tych kieleckich „walking dead” stawia Twórców w jednym szeregu z pracownikami Huty Ludwików. Jak się Państwo czują z tym żeliwnym żeberkiem w ręku?


Ps Polecam lekturę blogu bez przeginania ( http://bezprzeginania.blogspot.com/2017/12/kiedy-sysze-sowo-faszyzm.html ). Tam szerzej kontekst historyczny, który ja pominęłam. 




poniedziałek, 25 września 2017

 Pozamiatali – po premierze „Rasputina”


Ponad dwie godziny słowa płynącego nieustannie ze sceny, aż do przekroczenia masy krytycznej, w którym to momencie mózg skupia się bardziej na fakturze kurtyny niż na rozpaczliwym doszukiwaniu się spójnego przekazu. Pointa osiągnięta tylko w stopach tańczących na rurze aktorek. W większości znakomita praca aktorska, trafiona scenografia i kilka scen grających na najwrażliwszej strunie umysłu, rozpuszczone w prowadzącym donikąd plenieniu mikrosensów w dramacie. 

I pytanie, to samo, co w przypadku innej produkcji duetu Janiczak-Rubin, „Carycy Katarzyny”: czy, biorąc na warsztat historię tak fascynujących postaci jak rosyjska monarchini czy szalony mnich-wizjoner, który wodził za nos rosyjską arystokrację w przeddzień rewolucji i był bardzo ciężki do zabicia, konieczne jest dekonstruowanie ich biografii, skoro zwykłe opowiedzenie ich historii pozwala na liczne przemyślenia i analogie? Tak – jeśli ma się do przekazania jakąś nadrzędną prawdę o uniwersalnych wartościach, spójny, że pozwolę sobie powtórzyć to słowo, przekaz filozoficzny czy geopolityczny. Nie, jeśli – jakby korzystając z socrealistycznych wzorców – tworzymy sztukę z tezą, tu nie do końca wyklarowaną, ale oscylującą wokół hasła: zabawmy się z kołtuńskim widzem.

A widz nie lubi, żeby bawiono się jego kosztem, nie każdy. Dopóki teza dopuszcza interakcję, jak w jednej z zabaw z ludźmi z publiczności, wzajemne wypuszczanie się na manowce, możliwość nauczenia się czegoś o sobie nawzajem, to jeszcze w porządku. Gorzej, jak widz ma zagrać według wyznaczonego mu scenariusza i dowieść z góry założonych na swój temat hipotez. I widzowie – jak i też przechodnie w sobotni wieczór – nie chcieli się „bawić”. Spowodowało to pewne wyczuwalne napięcie na scenie.
Ciekawym zabiegiem, który mógłby stanowić wartość naddaną spektaklu, były transmisje na żywo z ulicy przed teatrem, balkonu i drugiej sali teatralnej, wyświetlane na tle sceny. Inną naddaną wartością jest wyjście teatru na ulice i próby angażowania przypadkowych przechodniów w spektakl. Naddaną, ale nie główną. Poszukajmy zatem innych wartości.

Historia ostatniego cara Rosji jest przejmująco smutna. Oglądanie pozujących do zdjęć księżniczek, pamiętając, jaki los spotka cała rodzinę, mimo abdykacji władcy, chwyta za serce. Bodaj najlepsza scena to ta, w której córki cara (Dagna Dywicka i Anna Antoniewicz) dokonują własnej ekshumacji. (Poćwiartowane zwłoki Romanowów, rozrzucone w anonimowych dołach, odkopano i złożono w grobach przed wyniesieniem członków rodziny na ołtarze.) Przeszłość miesza się z teraźniejszością, osoby z postaciami a włosy Anastazji – Dagny z blond kosmykiem wyciągniętym wilgotnej ziemi. Nostalgia i tęsknota za bezpowrotnie minionym... Rodzina carska jest... zwyczajna, nieszczególnie demoniczna czy irytująca, niespecjalnie wołająca o współczucie. Tacy Państwo Bundy z Petersburga...W spokoju czekający na zagładę, tak, jakby dezaktywacja ich istnienia była tym, co ich od początku konstytuowało. Ta zgoda większości na rozkład, a nawet jego pożądanie (syn – Dawid Żłobiński), daje się zapamiętać ze sztuki. Na tym tle bunt jednej z córek, Olgi (Magda Grąziowska), jej flirt, czy nawet „bzykanie się” z socjalizmem, jakoś nieszczególnie przekonuje. Religijność rodziny jest wyeksponowana w postaci krzyży i szkaplerzyków (noszą je Beata Pszeniczna i Joanna Kasperek), jest obrzędowa i stanowi element mijającej kultury. Na szczęście nie jest w spektaklu demonizowana, co jest tak modne w publicznym dyskursie dziś.
W środek tej rodziny zostaję wkomponowany tytułowy Rasputin (Maciej Pesta), I tu pierwsze z moich pytań z serii „po co/dlaczego”. Uwielbiam wieloznaczności, siatki sensów, ale gdy zbyt często nie znajduję odpowiedzi na pytanie „dlaczego”, zaczynam wietrzyć siatki bezsensów. No to szukam. Dlaczego on jest tytułowym bohaterem? Nie jest postacią zajmującą najwięcej „czasu antenowego”. W „scenariuszu” tej opowieści niej jest wcale klarownym motorem czy katalizatorem wydarzeń, którego eliminacja, zresztą bardzo wcześnie zapowiedziana ze sceny, mogłaby zatrzymać niekorzystne zmiany. To kobiety podejmują działania, zmieniają historię, zarówno poprzez swoje decyzje, jak i przekazywaną od pokoleń chorobę. Hemofilia w rodzinie carskiej pochodzi od, wspomnianej zresztą ze sceny, prababki księcia – królowej Wiktorii, wielkiej władczyni, od której nazwano epokę, która dzięki swojemu licznemu potomstwu rozsiała po Europie wizję restauracji potężnych monarchów – i słabość w postaci nieuleczalnej choroby. Co ciekawe, zasadniczo tylko męscy potomkowie na nią cierpią. Czyli to żeński pierwiastek jest reżyserem upadku. Rasputin stanowi jedynie barwny, dający pretekst do prowokowania arystokracji w historii a widza w spektaklu, kontrapunkt do prawdziwej opozycji. Będący pozornie przeciwieństwem ludzi z wysokich sfer, Rasputin miękko wchodzi w zastany układ i poza poruszeniem obyczajowym, nie pragnie żadnego prawdziwego przewrotu. Głosi puste hasła, zajadając się carską pieczenią. Prawdziwa opozycja, na której opiera się dramat to Romanowowie a tłum, ulica, motłoch, w owczym pędzie łapiący się na lep socjalizmu. Ulica Petersburga, zrównana z którą kielecka Sienkiewka miała stanowić parabolę groźnego żywiołu niszczącego wszystko na swej drodze. W Kielcach jednak spokój... Można by mnożyć wynikające z tej opozycji tropy, jak reifikacja „prostego” człowieka (stoły i łóżka w spektaklu nie mają nóg, są cały czas podtrzymywane przez ludzi – pracowników teatru). Tylko to dalej nigdzie nie prowadzi. Wracając zaś, do pytania, czyżby Rasputin był po prostu dobrą marką, skandalistą z ubiegłego wieku, który ma zwyczajnie przyciągnąć tych, którzy normalnie teatr omijają?

Lenin wydaje się być lepszym kandydatem na protagonistę. W końcu to jego „poddani” dokonali rzezi. Księżniczka Olga, rozczarowana inercją Rasputina, sprowadza do pałacu Włodzimierza Ilicza (Paweł Paczesny). Ale on jakiś... sztywny i z perspektywy wieku nie bardzo operatywny. I kolejne pytanie. Czemu tylko on zaciąga ze wschodnim akcentem? Może i w pałacu francuski był podstawą porozumiewania się, ale czyżby car na przykład nie mówił po rosyjsku? Tez zabieg sprawia, że Lenin brzmi jak bohater z taniego kabaretu. Może to i zamierzone. Ma być śmieszny i mało groźny.... A za komuny to w ogóle fajnie było, prawda?

Jest więcej takich zabiegów, moim zdaniem, niepotrzebnych, efekciarskich, które osłabiają wymowę tego potencjalnie dobrego tematu. O nagości to już szkoda gadać. Aktorzy w „pornolach” mają chyba więcej szans na zachowanie intymności niż teatralni. Rytuały rozbierania, przebierania na scenie są ograne do znudzenia i nie wnoszą już dla wielu widzów nic. Może i to był symbol czegoś tam, kiedyś... Może za kilka lat twórcy zrozumieją, że do ukazania głębi duszy nie trzeba prezentować penisa. Nie sądzę, żeby rozwijało to aktora ani widza. Na wyrost również i z tezą było powieszenie na aktorze tabliczki: „aktor” pedał. Cudzysłów ma chyba sugerować, że aktorem się bywa a homoseksualistą jest? Ejże, skąd u nowoczesnych twórców takie ograniczenia? Przecież: „żeby życie miało smaczek, raz dziewczynka, raz chłopaczek.” A na poważnie, czy to miało sprowokować jakiegoś „kołtuna” do działania? Do teatru przychodzą raczej ludzie świadomi zachodzących zmian obyczajowych. Spóźniona ta prowokacja... albo miejsce nie to...

I wreszcie, zupełnie niepotrzebne, szczególnie, że i tak spektakl osobny o tym się szykuje, rozwijanie analogii między pogromem carskiej rodziny a pogromem Żydów w Kielcach. Zgoda, oba rozpętane przez podobne siły polityczne (choć o tym dramat nie mówi), ale po co? To już takie na siłę naciągane, budowanie pseudogłębi, a tak naprawdę to pogłębiane chaosu w przekazie. Niepotrzebny szum informacyjny na poziomie fejsbuka. Więcej nie zawsze znaczy lepiej, przykro mi.

W ostatniej scenie uczestnicy dramatu – oczywiście z przewidywalnym udziałem widza – sprzątają ziemię, kości i przegniłe przedmioty rozrzucone po scenie do plastikowych worków. Dopiero czysta podłoga wyznacza koniec przedstawienia. To się chwali. Martwiłam się w trakcie sztuki ogromem sprzątania, jaki twórcy zostawią „prostym” ludziom. Na scenie symbolicznie, bez zabijania i przymusu, nastąpiło zrównanie „klas”. Zamykamy historię w plastikowym worku i idziemy leczyć ból głowy... szkoda, że nie duszy.

Reasumując, gdyby te naprawdę dobre kreacje aktorskie (oprócz wymienionych wyżej: Wojciech Niemczyk, Bartłomiej Cabaj, Ewelina Gronowska - kolejność za porządkiem obsady) ukazać w kilku wybranych scenach, uporządkowanych tak, żeby widz musiał wyjść z sali po tych naprawdę wstrząsających, jak opisane wyżej ekshumacje, gdyby śmierć tytułowego bohatera oraz Romanowów stanowiły jakieś dramaturgiczne i fabularne oparcie, prowadziły do czegoś – byłaby szansa na naprawdę dobry spektakl. Jolanta Janiczak powinna jednak poeksperymentować z inną metodą tworzenia dramatu, powściągnąć swoją skłonność do wykorzystywania wszystkiego, co jej i aktorom do głów przyjdzie i budowania nieskrępowanych niczym postulatów artystycznych, a w zamian popracować nad kompozycją, zdyscyplinowanym tekstem, w którym diachroniczne korespondencje będą nie tylko istnieć, ale coś oznaczać. Ostatni plebiscyt Dzikiej Róży chyba pokazał, że widzowie i krytycy lubią dobrze skonstruowane dramaty.

PS
W pierwszej scenie spektaklu Wojciech Niemczyk – Car przeprowadza w imieniu twórców mały plebiscyt wśród publiczności, chcąc poznać naszą opinie co do tego, jakiej sztuki oczekujemy. Symboliczne pójście na skróty. Tak niestety, to nie działa. Przekleństwem artysty jest to, że to on sam musi odgadnąć preferencje publiczności i albo im schlebić, albo prowokacyjnie podważyć ich zasadność. I tej sztuki niektórzy twórcy sztuki uczą się całe życie.




niedziela, 9 kwietnia 2017

Zabić celebrytę - recenzja

Celebryta nie do zdarcia


Najwyraźniej widz teatralny nie różni się bardzo od tego telewizyjnego, odsądzanego dziś od czci i wiary, napiętnowanego etykietką odmóżdżonego, bo zeszłej nocy w Teatrze im. S. Żeromskiego w Kielcach śmialiśmy się (mam na myśli znacząca większość zgromadzonej  publiki) do rozpuku i opuściliśmy salę teatralną zasadniczo usatysfakcjonowani. A przecież to komedyjka była, no może – satyra, ale nic, co wywołałoby ‘post-wszystko’ czkawkę intelektualną, tak dziś pożądaną przez tak zwanych ‘tfurcuf’.
Chodzi mi po głowie pytanie – jaką grę prowadzą z nami autor sztuki i reżyser. Czy, oferując nam spektakl właściwie klasyczny (interakcje z widzem trudno dziś zaliczyć do awangardy), prościutką historię z wciągającą intrygą, bez retardacji, retrospekcji, wiwisekcji, za to z wyraźną perypetią i kulminacją, przeprowadzają na nas jakiś test? No, bo nie z szacunku do widza to robią… Dziś się widza nie szanuje, trzeba go zmiętosić, sprowokować, zakwestionować jego mieszczańską moralność, pomóc mu wznieść się na wyżyny sztuki, nawet, jeśli protestuje. No więc – o co chodzi?
Gra prowadzona z nami wydaje się przeprowadzona subtelnie na kilku levelach, jak się pewnie w korpo-tv mawia. Ale. Kilka słów o fabule, skoro wyjątkowo (jak na dzisiejsze sceny) fabuła JEST! Tekst sprzed lat kilku, kiedyś może proroczy, dziś jak krzywe zwierciadło pokazujący rzeczywistość telewizyjną. Choć ta hiperbola kiedyś chyba mocniej wybrzmiewała. Dziś, mając świadomość (bo przecież nie oglądamy tego gówna, oh, no!) istnienia programów takich jak Warsaw S/Whore (niewinnośc Big Brothera jest dziś już tylko ideałem), nie otwieramy ust taaak szeroko w pierwszej scenie sztuki, kiedy współprowadząca program piękna dziewczyna obiecuje, że za tydzień zdejmie ubranie i pokaże „myszkę”. Oglądalność jest bogiem. Fakt. Trzeba schować wstyd do kieszeni, jak się chce w niej mieć fortunę. Ale to banały. Zaskakujące, od jak wielkiego banału wychodzą twórcy spektaklu. Przecież krytyka upadku kultury wysokiej w produkcjach telewizyjnych należy od lat do dobrego tonu w środowiskach intelektualizujących a fakt nieposiadania telewizora jest wręcz warunkiem koniecznym zaliczenia do inteligencji (nie powiem, czy mam). A jednak na tej niby zgranej bazie powstaje coś interesującego. To zasługa dobrze wymyślonej, precyzyjnej intrygi, która utrzymuje widza w niepewności co do interpretacji pokazanych zdarzeń. Bowiem, główny bohater, ktoś w rodzaju naszego Kuby W., nagle budzi się w psychiatryku. Nie to jest jednak najgorsze. Budzi się jako osoba NIKOMU NIE ZNANA. Dramat celebryty. Ponoć budzą się oni w środku nocy zlani potem po tym, jak przyśniło im się, że stają na evencie przy ściance i nikt im fot nie robi, są zwykłymi ludźmi… Masakra. Świadomość bycia 'nikim'. Porażające jest, jak mnóstwo ludzi definiuje siebie poprzez ilość interakcji, np. w sieci. Czytanie Prousta jest passé. Nasz celebryta jednak nie poddaje się, uparcie próbuje odzyskać sławę, przy pomocy niekoniecznie milusich kroków. Widz ma okazję nieco przećwiczyć swój intelekt, bo przynajmniej trzy interpretacje aż do perypetii są dopuszczalne. Jest to jakiś dżołk, kawał zrobiony najprawdopodobniej przez konkurencję. Albo, jest on wariatem, który wymyślił sobie celebrycką biografię. Albo, to jakiś koszmarny sen… Widz mógłby najprędzej uznać ostatni trop, bo wszystko w akcji jest wzięte niejako w nawias ironii. Nie wiemy, czy na przykład odbywające się na naszych oczach zmiany scenografii, w których uczestniczą też aktorzy – bohaterowie, to przerwa techniczna, czy też nadal fabuła. Wszystko odbywa się pod znakiem hiperboli, przesadzone reakcje bohaterów, czasem sztuczne motywacje… Tak, to pewnie koszmarny sen – a życie snem przecież… Mimo oczywistości opowiadanej historii, widz pozostaje podejrzliwy – to zasługa dobrego scenariusza, pardon, jesteśmy w teatrze, nie w telewizji – sztuki. Czy to jedna z tych trzech wykładni wygrywa, czy może coś całkiem innego – nie powiem. Proszę wpaść do teatru i zobaczyć. Obiecuję, nie będzie głowy bolało, ale też nie zanudzi na pewno.
Ciekawa jest scena ostatnia, dwugłos, w którym w stylu „I had a dream” Martina Luthera Kinga główny bohater snuje swoją opowieść o wizji idealnej telewizji a jest to przetykane głosem szefa-szefów TV, który prezentuje swoje poglądy na temat widza i dostosowanej do niego oferty. Na początku bardzo mi się ta scena nie podobała. Takie łopatologiczne wyłożenie platońskiej opozycji ideał a rzeczywistość…. Urągające mojej inteligencji… Ale potem przypomniałam sobie o grze-eksperymencie. Zaraz, zaraz. Czy panowie sugerują, że dostosowali produkt – sztukę do oczekiwań statystycznego odbiorcy? Że zaprojektowaliście sobie prostego (prostackiego) odbiorcę, który tylko czeka na ‘fajną historyjkę’ i „cycki” (cycków nie było, nie tyle, ile można się spodziewać ;) )? Czyli, że po spektaklu nie należało chwalić przedstawienia a wyjść z fochem intelektualnym? Że widza obrażono? Brakło wielowymiarowego konstruktu prowokującego dyskurs intertekstualny i interkulturowy, albo jakoś tak? … Sorry, zawiodłam Was… Pochwaliłam… Fajna sztuka, panowie… Sorry… Mogę być zaliczona do bezmózgich widzów, jakoś to przeżyję... A może właśnie zdałam test - nauczyłam się określać siebie przez pryzmat mnie samej, nie poprzez opinie innych (?).

Co mi się jeszcze podobało:
1. Aktorstwo, to nie zaskakuje. Jestem fanką naszego zespołu. Kapelusz z głowy dla pań, a dwa nawet dla reżysera, który zmuszony był przejąć główną rolę po kontuzji aktora. Bardzo przekonująca kreacja. Trzy kapelusze dla Dawida, który wskoczył w rolę kilka dni przed premierą. Swoja drogą, jeden aktor kontuzjowany, to pech, dwóch to już fatum. Szacun, że nie poddaliście się, mimo tego.
2. Muzyka. Zjawiskowa. Oniryczna, jak w ‘Twin Peaks’. I Dagna na granicy fajnego wokalu i pastiszu – bo przecież jej bohaterka to piosenkarka o dość ograniczonym talencie, jak samo o sobie mówiła. Bardzo mi się podobało.

3. Biel scenografii i kostiumów. I pluszowe narzuty na łóżku w scenografii. Fajna fotkę sobie na nich strzeliłam po premierze.



4. Proust. Przeczytam kiedyś, jak każdy aspirujący do tytułu intelektualisty ;)
Reasumując. Niby tradycyjna sztuka – co dla mnie jest plusem, a jednak całkiem ponowoczesne myśli prowokuje,  – co powinno być plusem dla środowiska twórców i tfurcuf. I dla mnie też :) 


O spektaklu: teatrzeromskiego.pl/spektakle/zabic-celebryte






poniedziałek, 20 marca 2017

Zaucha Welcome to the PRL

Drogi Panie Andrzeju!
Pisze do Pana w związku z pewna sztuką, której stał się Pan bohaterem[i]. Miałam napisać recenzje, ale mój małżonek mnie uprzedził, dlatego po prostu piszę do Pana. Bo Pan musiał być mądry i otwarty na problemy innych. Albo i nie… Czy cokolwiek zaprezentowane na Pana temat w Teatrze im. S. Żeromskiego w Kielcach było prawdą? Czy Pan na scenie, to Pan, choćby w kilku procentach? Czy jest tu Prawda? Nie licząc ilości dziur po kulach… Czy twórcy dramatu i reżyser bawili się w studiowanie Pana życiorysu i szukanie ostatecznej Prawdy o Panu, Artyście, Człowieku? O artyście i człowieku w ogóle? Bo taka dociekliwość jest niemodna…  Ja muszę wyznać, nie lubię tego takiego asekuranctwa – wszyscy mi tłumaczą, czym nie jest ich przedstawienie, ale mało kto mówi, czym jest… Myśli Pan, że to z szacunku dla widza? Żeby nie narzucać interpretacji? Czy z lenistwa jednak? Sztuka o Panu, miała nie być hagiografią, miała nie być musicalem. Chyba była parodią, ale, niech Pan mi powie, nie drażniło Pana takie wykorzystanie osoby bądź co bądź zmarłej do czystego Spaßu? Czy też Pan miał wrażenie, że to żadne łamanie konwenansów, przekraczanie artystycznych Rubikonów, tylko przykład złych manier? Czy, gdyby Pan mógł się odezwać, nie prosiły Pan, żeby jego osobę jednak wykorzystać, do czegoś, co jednak otrze się o katharsis? A może jestem przewrażliwiona… Z pewnością też, nie miała być ta sztuka rekonstrukcją ostatniej dekady ubiegłego wieku. Czy Pana również razi, taki brak konsekwencji – niby spekulujemy, co by było gdyby PRL przepoczwarzył się w nowy socjalizm, ale w tych siermiężnych realiach (powiem Panu, doskonale oddanych momentami, szczególnie w projekcjach na ekranie, pełnych petów i kawy plujki) bezkarnie przemycamy motywy charakterystyczne dla naszej konsumpcyjnej i bądź co bądź oficjalnie kapitalistycznej kultury? Choćby samo zagadnienie sensacji, jako najpotężniejszego motoru napędzającego pieniądz do kasy show-businessu. Czy parodię współczesnych reality show z agresywnym współzawodnictwem i ocieraniem się (nomen omen) o ekshibicjonizm. No, nie wolałby Pan, żeby było jasne, to jest to a to, jesteśmy w tym a tym roku? Szkoda, że Pana tu nie ma, jakby Pan z estrady powiedział im, że mają się zdecydować, co chcą pokazać w teatrach, nikt by Pana nie wybuczał, nie nazwał niedouczonym…
Pan miał dobrze, żył Pan w prostych czasach, gdy teksty piosenek pisali tekściarze, muzykę tworzyli kompozytorzy, dramaturg produkował dramat… My dziś nie mamy tak dobrze, musimy być czujni, odnajdywać kody i odsłaniać ich wielopoziomowe sensy. Nikt nie śmie rzec: bez sensu to, bo odsłoni w ten sposób podbrzusze, wyda je na rzeź współczesnych niby-intelektualistów. Ale jak tu sensów szukać, gdy nić się rwie, jak tekst piosenki disco-polo? Każdą ścieżka interpretacji rozbija się o mur negacji – nie tym to miało być… Z żalem zatem Panu donoszę – chyba trochę sobie z Pana jaja w tym teatrze robili. Jak Pan sądzi? Szkoda mi Pana, bo jak byłam mała, to lubiłam Pana piosenki – a do dziś, musi Pan wiedzieć, jest Pan niekwestionowanym Mistrzem nawet wśród wyluzowanych karaokowych wokalistów – oj, niełatwo Panu dorównać…
No właśnie? Piosenki. Słuchał Pan tam z góry tej premiery z Kielc? Można na wiele sposobów oddać hołd twórczości Artysty. Cytaty, krypto-cytaty, własne utwory z wyraźną inspiracją, biografie poważne i niepoważne. Można, jak w „Mamma Mia”, pokazać uniwersalny charakter twórczości, wykorzystując piosenki do zilustrowania kolei życia kogoś zupełnie nie związanego z Artystą. Gdyby Pana zapytano, co by Pan wybrał? Założę się, że w jednym byśmy się zgodzili. Ma być dobrze zaśpiewane. Właśnie… Sama śpiewam, stąd wiele osób ode mnie oczekuje, że coś o śpiewaniu im powiem. A co ja mam im powiedzieć, proszę Pana? Powiem Panu. Niech Pan sam z ręką na miejscu, gdzie kiedyś biło Pańskie serce, powie – zawsze było nienagannie? Nigdy intonacja nie zaszwankowała? W tym prawdziwym życiu, nie w tym teatralnym, superbohatera. Nie da rady zawsze doskonale. To i tu się zdarzały gorsze chwile, choć tak się skrzywić, jak ja to lubię słuchając koncertów, dwa razy mi się zdarzyło. Tylko. To nieźle, jak na długi śpiewany spektakl, prawda? I znowu niech mi Pan powie, Panie Andrzeju, jak oceniać to śpiewanie. Skoro napisano, że jest to anty-musical, to może śpiewy mają być anty? Standardy, który podlega rasowy musicalowy aktor-wokalista, są wysokie. Wykorzystanie Pana piosenek, też zobowiązuje. Ale jak anty, to może anty-czysto, anty-barwą, anty-rytmicznie? Zaśpiewali nieczysto, ale za to brzydkim dźwiękiem, jak głosi suchar muzyczny. Znał go Pan, te trzydzieści lat temu? Odbiegłam od tematu. Nazwijmy to, co było w Żeromskim, śpiewem scenicznym, bo nie chce nazwać tego piosenką aktorską, będącą dla mnie autonomiczną etiudą wykonawczą. Granie przez śpiewanie niech będzie. Muszę Panu wyznać, że momenty z ciarami były, w solówkach, duetach. Bo zbiorówki były dla mnie zbyt spontaniczne, mam nadzieję, że Pan mnie zrozumie, mało spójne. Ale indywidualnie spodobałoby się Panu kilka wykonań, jak sądzę. Niektórzy porwali swoją barwą, mocą, klarownością. Inni, balansując na granicy przeszarżowania i przesteru, nonszalancko operowali schrypniętym, niskim głosem. Niektórzy z gracją włączali śpiew do scenek rodzajowych, bawiąc się konwencją i mikrofonem. Alibaba był mroczny, fajny... Ujęły mnie damskie i męskie wykonania bardzo intymne, łagodne, nie tylko Pańskich piosenek zresztą, tym bardziej, że zrealizowane w pozycji siedzącej w kucki czy nawet leżącej! Ale co ja będę Panu opowiadać… Pan wie, że najlepiej na stojąco… Panie Andrzeju kochany, nie mogli oni tylko tych piosenek zostawić? Teks mówiony był jak zbędny balast, zawieszał się na aparatach mowy, zastygał w zająknięciach. A musiał być w ogóle? A, pewnie mi Pan powie, że skoro teatr, to nie mogli tak tylko śpiewać i śpiewać… może racja.
Tylko pointy mi brakło, takiej, która nadałaby temu cyrkowi z Panem w roli głównej jakiś wymiar wyższy… Klamra nam przedstawiona, wie Pan, jakaś cera z niej prześwitywała. Filozofia i politologia, znów to napiszę, trochę jak z Facebooka, ale nie będę Panu teraz tłumaczyć, co to. Może Pan się przyśni reżyserowi i coś mu podszepnie? Bo ja tak chciałabym, żeby było fajnie w naszym teatrze, serio, bez ironii, uwielbiam miejsce i ludzi. Serio.
Będę kończyć, ale skoro już o wizytach sennych mowa. Jakby Pan już był w tych naszych Kielcach, proszę zahaczyć też o Dyrektora. Nie śmiałam go zapytać, ale Panu będzie musiał odpowiedzieć. Przekaże mi Pan ją później. Czy Teatr ma jakąś umowę na rabat z producentem odzieży roboczej? Bo to już druga z rzędu premiera w kombinezonach, wie Pan? Tak jakoś niezręcznie, że poprzednia premiera też opierała się na repertuarze jednego wykonawcy a aktorzy w niej występujący poruszali się mechanicznie w swoich wtedy czerwonych (teraz białych) uniformach. Wie Pan, jak to wyglądało? Że ci, co o Panu sztukę robili zgapili od tamtych, pomysł, choreografię, strój. No ja bym się na Pana miejscu, Panie Andrzeju, zmartwiła.
Tyle. Pozdrawiam serdecznie. Nadal o Panu pamiętamy, choć inaczej, niż to pokazali w teatrze. Niech Pan w Zaświatach pozostaje w pokoju wiekuistym.
Szczerze oddana
Agnieszka Majcher
PS. W ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy sporo fajnych muzyków zasiliło tę orkiestrę na górze, mam nadzieję, że jakoś się dogadujecie. Proszę ich wszystkich pozdrowić, a Davida ucałować.
AM





[i] Zaucha. Welcome to the PRL.
Najnowsza propozycja Teatru im. S. Żeromskiego w Kielcach. Popularne dziś „co by było, gdyby”. Twórcy, snując wizję tego, co by było, gdyby Andrzej Zaucha nie zginął od postrzałów pod teatrem, ale przeżył, zabierają widzów w podróż po groteskowym świecie, który najwygodniej byłoby zakwalifikować do sennego koszmaru. Padające ze sceny w miarę rozwoju akcji nazwiska i daty z ostatniej dekady ubiegłego wieku, choć w zmienionych okolicznościach, nie pozwalają na zinterpretowanie całości w sposób spójny jako ostatnich obrazów produkowanych przez umierający mózg artysty, ale sugerują modne dziś political fiction, snucie obrazów rzeczywistości równoległej. To, co jest jednak siłą podobnych produkcji telewizyjnych – weryzm przedstawianego świata, tej propozycji nie charakteryzuje. Przez styl reportażowy nie przypomina mi też "Zaucha" fabuł Quentina Tarantino. Realizm magiczny, zazwyczaj bardzo atrakcyjny sam z siebie, w połączeniu z geopolitycznymi aluzjami daje dość ciężkostrawny koktajl, sądząc po minach wielu widzów opuszczających teatr po imprezie.