poniedziałek, 9 marca 2015

Lordy Wszechmogące (recenzja spektaklu)

Piosenka zapachnie jak bzy,
Piosenka wyciśnie ci łzy,
Wspomnienia, wspomnienia,
Silniejsze będą niż ty.
(szlagier przedwojenny (?))
Lordy Wszechmogące

Wspomnienia. Wspomnienia są motywem spajającym trzy części przedstawienia „Lordy”, które miało premierę w sobotę 7 lutego w kieleckim Teatrze im. S. Żeromskiego. Wspomnienia ważkie, ale i miałkie. Wspomnienia całej ludzkości, choć zasadniczo tej przed czterdziestką. Wspomnienia dźwigane jak dmuchane brzemię lub pobrzmiewające echem wirali z Facebooka. Wymyślone, zintegrowane, wdrukowane, wyczytane, podsłuchane, nucone…
Najnowsza propozycja dream-teamu Pakuła-Rysowa-Skolias(y), wspartego świetnymi aktorami z naszej trupy, z pewnością będzie przebojem na miarę piosenek Beyonce, jednak… czy można coś znaleźć w środku piłki plażowej? Jaką tajemnicę kryje ten wielogłosowy dialog z Wielkimi? Czy zaskakująca spójność tropów powtarzanych w trzech częściach – kosmos, dmuchane zabawki, podkradanie wspomnień, woda dająca życie i śmierć, renesansowe żółwie, onomatopeja – ma coś do powiedzenia?
Spektakl robi wrażenie. Zaczynamy na dnie – zresztą tam wracamy w części trzeciej – na dnie nieistniejącego już basenu, w miejscu którego postawiono bardzo-elegancki-hotel. A może to jest tylko jakiś-tam-basen? Może to tylko mnie interesuje? „Lord Kantor” opiera się na iluzji – w tej konwencji basen jest wszechświatem. „Umarła klasa” wegetuje w kosmosie, klonowana w nieskończoność. Ta część przedstawienia jest imponująca. Manekiny zostały zastąpione przez żywe awatary, aktor jest nie tyle sobowtórem wizualnego ucieleśnienia swojego bohatera, co jego dopełnieniem - został zredukowany do głosu przetworzonego przez mikrofon, choć pozwolono mu grzecznie przycupnąć gdzieś między sceną a widownią. (A ‘cupali’sobie, wszyscy rewelacyjni: Edward Janaszek, Wojtek Niemczyk, Dawid Żłobiński i Andrzej Plata). Gdzieś spoza sylwetek przybyszów z Matplanety i paplaniny krnąbrnego komputera, niewątpliwie kuzyna Hala, spomiędzy dialogów o Niziołkach i zza gigantycznego odwłoku pompowanego Kleszcza – Lorda Kantora wyziera złowrogi świat, lemowskie trudne pytania o kondycję ludzkości podane w sosie absurdu. Pytanie podstawowe – czy w konsumpcyjnym pędzie ku nieśmiertelności ma szansę ostać się co nieco ludzkiego? I nadmieniona już kwestia wspomnień – ile jest nas w ‘naszych’ wspomnieniach? Czy ulegamy iluzji i manipulacji?  Czy konstytuują nas wspomnienia? Czy wspomnienia są błogosławieństwem, czy przekleństwem, brzemieniem na podobieństwo manekinów dźwiganych przez aktorów „Umarłej klasy”?
„Lord Milord” – dialog z Mironem Białoszewskim – też uwodzi widza. Ta część spektaklu podana jest jako film, którego ‘akcja’ rozgrywa się w prawdziwym basenie z wodą. Woda – życie to jeden z głównych tropów w tej części. Jej życiodajność narzuca się, gdy patrzymy na bohaterów – aktorów wygłaszających swoje kwestie w otoczeniu własnych dzieci – biologicznych klonów. Co ciekawe, ci bezdzietni pojawiają się z dmuchanymi rekwizytami zapobiegającymi utonięciu… aluzja dość czytelna, zdaje mi się. Monologi tej części ujawniają fascynację codziennością oraz słowem, jego warstwą semantyczno-brzmieniową. Mantra w praoceanie…
Po uczcie części pierwszej (po „Lordzie Milordzie” jest przerwa) - spore rozczarowanie. I nie dlatego, że „Lord Herling” ma mniej wspólnego z twórczością Gustawa Herlinga-Grudzińskiego niż ta recenzja z „Odyseją kosmiczną”. Choć żal, że po dwóch częściach tak pięknie i czytelnie dialogujących z przywoływanymi twórcami w ostatniej pisarz jest jedynie pretekstem. A rozczarowuje powrót do przeszłości. Już w „Twardym gnacie” irytowała mnie konwencja stand-up’u  - tam okraszonego muzykującymi warzywami. W obecnej inscenizacji dostajemy na wejście czysty jednoosobowy kabaret, w którym Andrzej Plata, jak zwykle brawurowo, jednak w sposób oklepany we współczesnym teatrze, wychodzi z roli metatekstem o pomieszaniu osób i wspomnień: jego samego, Autora, no i chyba Grudzińskiego. Dla mnie nudne – po raz kolejny czułam się, jakby ktoś mi recytował kompilację statusów facebookowych. Szczególnie irytujące były wspomnienia – niby osobiste, a kliszowo powtarzane przez aktywnych w necie trzydziestolatków. Z trwogą czekałam na tekst o ołówku i kasecie magnetofonowej? (Nie wiecie o co ‘kaman’? To jesteście za młodzi – albo za starzy). Tego mi oszczędzono, ale były stereotypowe historyjki o rodzicach wściekających się o zniszczenie garderoby, nie rozumiejących głębi poczynań i motywacji latorośli. Co z tego, że autentyczne? Z banału zrobić teatr może i da się, ale nie tym razem. Tak, na marginesie, niedawno przeczytałam opowiadanie Charlesa Bukowskiego o dorastaniu w LA w latach 40tych  - on potrafił z poplamionej koszuli zrobić perełkę literacką, ech… Gdyby i tu ograniczyć słowotok, pozwolić sobie na niedomówienie, kilka z opowiedzianych historyjek też by prawdziwiej przemówiło do widza i wywołało wzruszenie.
Potem na scenie – na dnie basenu - zaczęła się akcja – wysnuty z dramatycznego epizodu z biografii pisarza pejzaż wewnętrzny – kogo? Mateusza Pakuły? Ewy Rysowej? Nie wiem. Nie potrafię też zdecydować czemu miała służyć tak wielka niespójność stylistyczna monologów. Być może fragmenty patetyczne miały po gogolowsku uwypuklać groteskę? Może, ale w tym skazie była jakaś skaza. Zaskakujące – obraz kobiety wyłaniający się tych okruchów dnia minionego jest bardzo niedzisiejszy, pod włos z feminizmem. Kobiety zdziecinniałej – bo we wspomnieniach w jeden kogiel-mogiel utarto tragicznie zmarłą żonę Herlinga-Grudzińskiego i małolaty ze wspomnień autora sztuki (grane przez Zuzannę Skolias, Joannę Kasperek, Dagnę Dywicką i Ewelinę Gronowską). Żółwie Ninja w perspektywie pomieszania czasoprzestrzennego z czarnej dziury niszczą renesansowego poetę, filozofia na poziomie liceum kapie na deski wraz z oddawanym na boku ‘siku’, wysokie spotyka niskie w pół sylaby. Tylko, czemu to służy – poza niewątpliwie skutecznym wywoływanie rechotu wśród publiki? Nie wiem. Część trzecia powiela, cytuje, transponuje wiele z części pierwszej. Astronauta staje się pisarzem. Wspomnienia jeszcze bardziej wykrzywione przez pofalowaną taflę groteski zbijają z pantałyku. W imię czegoś?... Nie wchodzi się bezkarnie, wiem, choć po przerwie to raczej tak…
Dużo w tym tekście „nie wiem”. Najwyraźniej czytający go i tak będą musieli wejść do teatru i poszukać odpowiedzi na własną rękę. Może i ja wejdę tam raz jeszcze. A może powinnam – jak bohaterka zagrana przez Joannę Kasperek w obu częściach – milczeć i się uśmiechać (kobieta idealna, nieprawdaż?). A może jednak nie ja? …

PS: Finał z improwizowanym rapem – był doskonały, autoironiczny, po prostu śmieszny. I to pozostanie naprawdę miłym wspomnieniem. Dzięki J


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz