piątek, 29 maja 2015

My Own Waste-land


My Own Waste-land


May is the cruellest month, breeding
Hopes
Of recovery
That are mown like the
Abundant greenery
Which recklessly sprung
Now rotting
On the path
To lose one friend
Whose always pampered fur
Is now smothered with
The spongy, not parched, soil
Cheerfully welcoming
Tears from the sky
[Heavens have been
Weeping (what a cliché)
For more than a week]
Seemed too much
To bear
My Fisher-king of snails now
He is
Silence piercing the hollow
Of  our ears
Fills the home
Like cry against
The laws of nature
Nostrils devoid of
The smell of
Another living creature
Of reek of
The dying creature
Cannot believe in
Purity of air
To lose another friend then
Seems a joke
Will it help , recalling
Our discussions on the eternity
Immortal values and infinite
Qualities of art
Its responsibilities
To bear witness
To those who cannot speak any more
Now you are numb and
Death gagged you
Biology mocked the meta
Physics, drowned
In the pool of grievance
By those who were unable
To take you as you were
Past tense, it’s so undeniably
Such a clear sign of
Crossing the line
Beyond which I cannot just shake any of you
Shake and wake
What can you say Mr. Beckett?
Mr. Brecht?
Why can’t he stand by himself
And laugh at death?
Show us it’s just
An appearance
A multi-layered show
Where the curtain going down
Isn’t the end, but turning the cards
In which corner of you theatre
Will I find your effigy
Reciting lines from the play
That is yet to be written
Will my mouth find
Shanti
For both of you?
For myself
For the globe now heavier with
Your two fleshy coats
Abandoned
In the grass never mown



Moja własna jałowa ziemia


Najokrutniejszy miesiąc to maj, wywodzi
Nadzieje
Powrotu do zdrowia
Które są koszone jak
Obfita zieloność
Co brawurowo wystrzeliła
Teraz gnije
Na ścieżce
Stracić jednego przyjaciela
Którego zawsze wychuchane futerko
Teraz przydusza
Gąbczasta, nie wyschnięta, ziemia
Radośnie witająca
Łzy z nieba
[Niebiosa już
Płaczą (co za banał)
Od ponad tygodnia]
Wydawało się, że to za wiele
Do zniesienia
Mój Król – Rybak ślimaków teraz
To on
Cisza kole przestrzeń
W naszych uszach
Napełnia dom
Jak krzyk sprzeciwu
Wobec praw natury
Nozdrza pozbawione
Zapachu
Innej żyjącej istoty
Fetoru
Umierającej istoty
Nie wierzą w
Czyste powietrze
Stracić kolejnego przyjaciela po tym
To jak jakiś żart
Czy pomoże, wspominanie
Dyskusji o wieczności
Nieśmiertelnych wartościach i nieskończonych
Walorach sztuki
Jej obowiązkach
Żeby nieść świadectwo
Tym, co już przemówić nie mogą
Teraz Ty jesteś bez ruchu i
Śmierć Ciebie zakneblowała
Biologia podśmiewa się z meta
Fizyki, zatopionej
W sadzawce żałości
Tych co niezdolni byli
Brać Ciebie takim jakim byłeś
Czas przeszły, tak niezaprzeczalnie
Taka prosta oznaka
Przekroczenia linii
Za którą nie mogę Was po prostu potrząsnąć
Potrząsnąć i ze snu wytrząsnąć
Co pan na to, panie Beckett?
Panie Brecht?
Czemu on nie może sam stanąć
Przy swym własnym boku
I śmiać się ze śmierci?
Niech panowie nam pokażą
To tylko pozór
Wielowarstwowy spektakl
W którym spadająca kurtyna
Nie jest końcem, tylko odwróceniem kart
W którym zakątku twojego teatru
Znajdę Twoją podobiznę
Recytującą wersy sztuki
Co jeszcze nienapisana
Czy moje usta odnajdą
Shanti
Dla Was obu?
Dla mnie
Dla globu teraz cięższego o
Wasze dwa cieliste płaszcze
Porzucone
W trawie nigdy nie koszonej

















Brak komentarzy:

Prześlij komentarz